środa, 16 marca 2016

Dziękuję.


"Coś musi się skończyć, aby coś się zaczęło."


   Mróz szczypał nas w czerwone już nosy. Oddechowi towarzyszyły opary, a prószący śnieg zdobił świat. Wszystko było białe i wyglądało to magicznie.
   Nigdy nie sądziłam, że będę sobie zwyczajnie spacerować uliczkami Hogsmeade razem z Jamesem Potterem. Nigdy nie sądziłam, że stanie się moim przyjacielem. Nigdy też nie sądziłam, że coś się zmieni.
   A zmieniło się wszystko.
   Skręciliśmy w dróżkę, idąc bliżej lasu. Chcieliśmy uciec od tego gwaru i zobaczyć chociażby z daleka Wrzeszczącą Chatę.
   Nasze buty zatapiały się w śniegu i wydawały charakterystyczne odgłosy. Moje oczy patrzyły na wszystko chciwie, chcąc zapamiętać każdy detal. Nie zapuszczałyśmy się w te tereny z przyjaciółkami. Inaczej: ja tu nie byłam. I cieszyłam się, że tam się udamy. Z Jamesem u boku jakoś nie byłam wielce tym przerażona.
   Dotarliśmy na skraj wzgórza. Wrzeszcząca Chata rozpościerała się przed nami. Śnieg zamazywał nam troszkę widok, ale to nie zniweczyło naszych planów. Podeszłam bliżej i po prostu patrzyłam. Zdawało mi się, że James lustruje wzrokiem mnie, a nie budynek, a przecież po to tutaj przyszliśmy. I kiedy kątem oka spojrzałam w jego stronę  tylko się w tym utwierdziłam. Poczułam ciepło na policzkach i uśmiechnęłam się nieśmiało. Było zimno, w końcu był to środek zimy, ale ja w swoim płaszczyku czułam się, jakbym dotykała skórą wrzątku. No, przynajmniej gorącej wody. 
   W środku poczułam ciepło, które coraz częściej mi towarzyszyło. W Pokoju Wspólnym, przy rozmowie z przyjaciółmi, podczas posiłków, a nawet na lekcjach. Po większym zastanowieniu i tak nie znałam odpowiedzi na pytanie: "dlaczego?". Byłam wtedy zazwyczaj w obecności przyjaciółek. Prawie zawsze był z nami też James. Więc mój umysł, ponoć taki dobry, nie ogarniał tego wszystkiego. 
    Pięknie tutaj  szepnęłam, jakbym wyjawiała mu największą z moich tajemnic. 
    Też tak uważam.  Wypalał w mojej twarzy dziurę, a nawet nie byłam skierowaną nią w jego stronę. 
   Westchnęłam.
    Dlaczego na mnie patrzysz? 
    Podziwiam widoki.  Nachylił się w moją stronę i założył mi delikatnym ruchem kosmyk włosów za ucho. Przeszył mnie dreszcz, gdy musnął palcem moją skórę. 
   Przymknęłam powieki i zacisnęłam palce. Co on robił? I co, do jasnej, się ze mną działo? 
   Zacisnęłam usta w wąską kreskę.
    Co ty wyprawiasz?  Odwróciłam się w jego stronę.
   Uśmiechnął się do mnie ciepło z jakimś błyskiem w oku. Okulary lekko zsunęły mu się z nosa, więc szybko je poprawił. Włosy były zmierzwione jak zawsze, może i nawet bardziej. Przejechał ręką po nich jeszcze raz. Kąciki moich ust wystrzeliły ku górze na ten gest. Wyraźne rysy twarzy, która stała się już twarzą mężczyzny. Leciutko krzywy nos, który mu pozostał po bójce z jakimś starszym chłopakiem wkurzonym na niego i Syriusza. Czekoladowe oczy, po prostu proszące się, aby w nie patrzeć. Zapewniające, że cię porwą i szybko nie wypuszczą. 
   – Czyż nie odpowiedziałem na to pytanie już wcześniej? – Zachichotał. 
   Ach, jakież to było urocze.
   – Wybacz, ale nadal tego nie rozumiem – mruknęłam. – Chciałeś mi chyba pokazać Wrzeszczącą Chatę, no nie? 
   – Chciałem. I pokazałem. Czy to jakoś przeczy temu, że patrzę? 
   Westchnęłam zirytowana. 
   – Będziemy bawić się w kotka i myszkę, James? 
   – Możemy. – Wyszczerzył się do mnie.
   Uderzyłam go w ramię i się zaśmiałam.
   – Jesteś niemożliwy. Pomyśleć, że tu z tobą przyszłam.
   – Przyjaźnimy się, co nie? Więc to nic dziwnego – mówił to innym tonem głosu. Przełknął ślinę. 
   – No tak. – Pokiwałam głową.
   Wysłał mi ostrożne spojrzenie. Wszczepił palce we włosy i przymknął powieki. Zmarszczyłam czoło, kiedy wypuścił powoli powietrze z ust. To, co usłyszałam później, było totalnym zaskoczeniem.
   – Nie chcę tego. Mam dość, Lily.
   – Czego, James?
   – Tego wszystkiego – wzruszył ramionami. – A szczególnie szopki względem ciebie.
   Moja brew wystrzeliła ku górze. O co mu chodziło? To musiało być chyba ważne, bo nawet nie przejmował się tym, że jego włosy już prawie były białe. Tak samo jak moja czapka. Palce mi zmarzły i wydawało się, jakby rękawiczki wcale nie pomagały. 
   – A jest jakaś szopka? – Dopytywałam. 
   – Nie zauważyłaś tego? – zaśmiał się ochryple. Pokręciłam głową. – Przecież to widać jak na dłoni. Lily, mam dość tego, że jestem twoim przyjacielem. A raczej tego, że jestem t y l k o nim. 
   Otworzyłam usta ze zdziwienia. Myślałam, że przez ten etap już przeszliśmy. Jakże głupia musiałam być, aby to posłać w zapomnienie i nie słuchać Alice, która jasno mówiła, że to nie skończy się tak szybko? Na Merlina, miała rację. 
   Przybliżył się o krok, a mój żołądek wykręcił koziołka. Ciepło powróciło. Z przerażeniem odkryłam, że to z jego powodu. Z jego bliskości. Przymknęłam oczy.
   – Nie chcę nim być. – Dotknął palcem mojego policzka, a potem położył na nim delikatnie rękę. – Kiedy to zrozumiesz?
   Wtuliłam polik w jego dłoń i przygryzłam wargę. Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć, jak się zachować. 
    Je veux vous embrasser – wyszeptał, jakby w męczarniach.
    Słucham? Nie rozumiem, James. Przecież wiesz, że nie znam francuskiego... – Gdy tylko te słowa opuściły moje usta, Potter pochylił się i przycisnął wargi do tych moich. 
   Musnął należące do mnie usta lekko, jakby nieśmiało. Stałam sparaliżowana z otwartymi oczami. Dziwne uczucie zawładnęło moim ciałem, a przez umysł przelatywało tysiące myśli. Nie wiedziałam dlaczego, ale wiedziałam, że to, co się dzieje, jest dobre. Miałam coś w stylu "Och, Lily, pieprz to. Całuj się z nim". 
   W końcu, jakbym się otrząsnęła, oddałam najdelikatniej pocałunek, a James, przyjmując to za zachętę i zgodę do dalszych poczynań, zaczął być odważniejszy, całować gorliwiej.
   Nie zdawałam sobie sprawy, ile czasu staliśmy między drzewami, wymieniając się pocałunkami wśród lawirujących płatków śniegu. Pozwalając, abyśmy wyglądali jak kochankowie, którzy ukrywając się przed światem, poznawali siebie od nowa. Poznawali swoje uczucia i oddawali się im bez reszty.
   Kiedy wreszcie odsunął się ode mnie, cały zarumieniony, z psotnym uśmiechem i świecącymi oczami, zapytał:
    – Teraz rozumiesz?
   Kąciki moich ust wygięły się do góry.
    – Z pewnością.
***



***

Witam!
   Przychodzę do Was z postem rocznicowym! Wow, na moim blogu nareszcie się coś pojawiło. Mam tylko nadzieję, że chociaż jakaś jedna zagubiona dusza zajrzy i przeczyta tę notkę. Przepraszam za nieobecność. Jest mi niezmiernie wstyd, ale zaraz poznacie powód mojej nieobecności.
   Na początku chciałam podziękować każdemu z osobna. Wszystkie osoby, które kliknęły chociaż link z adresem mojego bloga, przyczyniły się do tego, że dzisiaj piszę takie, a nie inne słowa. Dziękuję za każdy komentarz. Dziękuję za każdą obserwację. I dziękuję za każde wyświetlenie. To dla mnie wiele znaczy. Bez Was, nie byłoby niczego.

   Z tego miejsca <mojego fotela> chciałabym wyróżnić, i oczywiście też podziękować i uściskać, pewne osoby. A są nimi:

 Panienka Livvi – Oliwio moja najukochańsza! Nie mogłabym wyrazić słowami swojej wdzięczności względem Ciebie. Wszystko, co jest napisane, ukazane na tym blogu, jest dedykowane Tobie, mój księżycu. Wszystko. Od znaku, przez słowo i zdanie, do rozdziału. Jesteś ze mną już prawie rok. Niezapomniany rok, bo wniosłaś do mojego życia bardzo, bardzo, bardzo wiele. Oczywiście wszystko, co dobre.
Sprawdzanie rozdziałów, opinia, czytanie po nocach i pisanie do świtu. Dziękuję.

   Grupa moich wspaniałych Elitarnych gerls:

Ar – Lisiątko, psiątko, koniątko i koszatniątko! Jakoś w maju - kwietniu któraś z nas (ja) zaprosiła do znajomych na Facebooku drugą. Zaczęło się, a Ty sama mi pomagałaś i motywowałaś. Dziękuję Ci za słowa otuchy i pisanie "Kath, kiedy będzie rozdział?". Znosiłaś moje przerwy i humorki. Dzięki!

Atelier vel moja Toire  Och, Toire, Toire. Ty za to czytałaś moje pomysły i krytykowałaś to, co było "do dupy". Na kilka rozdziałów rzuciłaś inne światło, a ja nie żałuję nawet w jednym procencie, że Cię posłuchałam. Byłaś dla mnie wzorem Dżilowskich opowiadań. I nadal będziesz.

Muni, Kseniuś, Ly i Mia – Was poznałam dzięki Ati, która dodała mnie do grupy. I wiecie co? Nie żałuję. Czytałyście moje rozdziały *chyba, że kłamałyście*, a Mun nawet skomentowała! Ksenia, która musi szukać podtekstów w miniaturce, Ly - nasza szesnastka - i Mia, zakochana w pianie, są ze mną przy mojej innej twórczości. I to do tego na bieżąco! Tworzymy piękną grupę!


A także:

Abi – Twój blog, kiedy tylko go odnalazłam, był czymś, co wręcz otaczałam czcią. Myślałam sobie, że pewnie jesteś już starą krówką, bo piszesz przecież na skalę pisarek, takich, co wydały książki! Brałam z Ciebie przykład. I dzięki czytaniu x razy Twojego bloga – zmienił mi się styl. Oczywiście podarowałaś mi kilka dłuugaśnych komentarzy, z których wiele wyciągnęłam. Chwała Ci za to!

Expecto Patronum – Chwaście, Ty byłaś ze mną prawie od początku. Motywowałaś zawzięcie i krzyczałaś, kiedy nie było rozdziału. Jestem Ci za to mega wdzięczna! I chciałam Cię przeprosić, jeśli Cię znów zawiodłam.

Optimist  – Od momentu, gdy zaczęłaś czytać mojego bloga, wiernie komentowałaś, wytykałaś błędy i pisałaś, co Ci się najbardziej podoba. Wyrażałaś opinię, co było kopem. Dziękuję!

Eskaryna – Twoje komentarze, może i pojawiły się w późniejszym okresie, ale dużo dawały. Dzięki!

Moim przyjaciółkom  – Przewijałyście się zawsze. Pytałyście, czytałyście, wspierałyście. Olłajs byłyście. Kocham mocno.


I każdemu z Was, jeszcze raz. Wielkie DZIĘKUJĘ.


Nasza statystyka:

Obserwatorzy: 30.

Wyświetlenia: 17700.

Komentarze: 395.

Rozdział z największą ilością wyświetleń: Rozdział 1 (618).

Rozdział z największą ilością komentarzy: Sylwester, część druga (32).

Najchętniej odwiedzana zakładka: Rozdziały (800 wyświetleń).


Nigdy nie sądziłam, że odniosę taki sukces, Tak, jest to dla mnie sukces. Nie będę pisać już tego słowa na de, bo bym przesadziła.


I teraz druga część notki.

   Ten oto post jest jednym z *jak nie* ostatnich. Wiem, że pewnie wiele osób zawiodłam, nawet z lekka samą siebie, ale po co będę siedzieć w jednym, jeśli mi to nie wychodzi, a to opowiadanie ma tyle błędów, że nie można zliczyć? Nie mogę trzymać się czegoś, co już nie daje mi radości i nie rozwija, a cofa w tył. Nie miałabym czasu, aby to poprawić i przede wszystkim chęci. Musiałabym wszystko usuwać, a historia byłaby inna. Na tym blogu podoba mi się tylko szablon, tak szczerze. I Wasze piękne komentarze.
   Mam nadzieję, że mnie rozumiecie. Zwaliłam, wiem, ale nic nie zrobię. Po co mam komuś mówić, że rozdział będzie, jeśli nie mogę z siebie nic wykrzesać, aby on był? Serce mi się kraja, bo przecież poświęciłam temu blogu rok. Ale muszę iść do przodu.
   Opowiadanie zawsze będzie w moim sercu. Przecież dzięki niemu się rozwinęłam, prawda?
   Przepraszam. Przepraszam wszystkich, których zawiodłam i w ich oczach stałam się tą złą, która "jako następna porzuca bloga".Chociaż to opowiadanie nie było jakieś mega, aby wiele osób wyrażało swoje żale i chciało mnie zasztelytować.


Post będzie edytowany w niedzielę. Zapraszam, aby zobaczyć, co dla Was przygotowałam.

Dziękuję. Przepraszam. Do zobaczenia.

Buziaki, Wasza Kath.

PS. Jak widzicie, na tę specjalną okazję napisałam miniaturkę. Liczę na to, że się podoba.

PS2. Nie bijcie, proszę.

EDIT:

Zapraszam serdecznie -> Wstrzymywany Oddech.





piątek, 27 listopada 2015

18. Morze utrapienia.

 Dla wszystkich, którzy czekali.
Następne dni mijały z prędkością światła w szarej, nudnej codzienności, przeplatanej z nieznaczącymi intrygami. Weekend się kończył z wyraźnym protestem i jękiem, a co się nie obejrzeli już był następny. Dzienną rutynę umilały — no może nie wszystkim, a już na pewno nie Ślizgonom, którzy zazwyczaj byli poszkodowani — kawały Huncwotów, najwyraźniej powracających do życia i nie pozwalających na zapomnienie, którego w sumie chyba by nie było nawet po paru pokoleniach. Było wiadome, że Huncwoci zapadną w pamięci wszystkich. 
Po ostatnim "wyczynie" Severusa Huncwoci dali mu do zrozumienia, że do ich kręgu się nie zaczyna i biedny Snape i kilku kolegów z jego dormitorium, któregoś dnia obudziło się z kluskami na głowie zamiast włosów. Jeden miał nawet dodatek w postaci smacznego, gęstego sosu pomidorowego. Chyba nikt niestety nie skorzystał z takiego umilenia posiłku, bo sosik trzymał się przez parę dni, a biedni Gryfoni mieli szlaban, podarowany przez wściekłą McGonagall. 
Lily wróciła do ciszy pomiędzy nią a starym przyjacielem. Nie przejmowała się już potyczkami rozgrywającymi się między nim i Huncwotami, czy kimkolwiek. Olewała to i starała się go nie zauważać.
Jednak jeden plus był w tym, że spędzała z Gryfonami z jej roku coraz więcej czasu, a powstała więź się zacisnęła. Nie darła kotów z Jamesem, był po prostu jej dobrym kolegą.
On natomiast skończył z "Evans, umówisz się ze mną?", chociaż nigdy nie przyznał, że przestał zabiegać o względy Lily. Co to, to nie. W głębi siebie nadal miał ten płomyczek nadziei, że dziewczyna pokocha go tak, jak on ją. A kiedy płomyczek zamieniał się w płomień, łaskoczący jego wnętrze, był wniebowzięty. 
Śnieg, chociaż była dopiero końcówka stycznia, był już praktycznie słodkim wspomnieniem. Za to mróz był ich drogim przyjacielem.
Nauczyciele wymagali więcej i więcej. Niby można było to tłumaczyć tym, że jest już drugie półrocze i te sprawy, ale serio, aż tyle?
Lily klapnęła na fotel, aby odpocząć. Ten dzień dał jej nieźle w kość i dopiero teraz znalazła czas na to, aby sobie usiąść (i to bez książek!). Podręczniki i tak już zasyfiały niemal całą podłogę w ich dormitorium. Evans kochała książki, ale tamte już niekiedy chciała spalić.
W Pokoju Wspólnym było tłoczno, kominek ogrzewał spragnione ciepła ciała, a całość dopełniały głosy uczniów, które dobiegały chyba do każdego ucha.
Przy miejscu ulokowanym najbliżej kominka, dziewczyna zastała większość Gryfonów ze swojego roku.
— Aż tak źle? — spytał Syriusz, kiedy rozłożyła nogi na stoliku i przymknęła powieki, wzdychając z zadowoleniem.
— Byłoby lepiej, jakbyś mi oddał tę poduszkę, bo mi nie wygodnie — odpowiedziała mu, nie otwierając oczu.
— Ruda, czy ty mnie nie pomyliłaś z Jamesem? — obruszył się.
— Jeśli chciałabym poduszkę od Jamesa, to bym poprosiła Jamesa, ciołku — odparowała i usłyszała cichy śmiech w odpowiedzi.
— Otóż to, Lily — Dorcas usiadła obok Remusa, który wydawał się, jakby był pogrążony bardzo głęboko w swoich myślach i za bardzo nie zwracał uwagi na otoczenie i to, co się dzieje. Równie dobrze mogłaby obok niego przejść śmierć i wywijać przed nim swoją kosą, czy co to ona tam ma, a on by ją zbagatelizował. A może nawet krzyknął "Przyjdź kiedy indziej, bo teraz myślę. Nie widzisz?", czy coś w tym stylu.
— O co byś mnie poprosiła, Lily? — zagadnął James, który usłyszał chyba tylko ostatnie słowa wypowiedzi panny Evans, podchodząc do sofy. Jak widać, akurat każdy sobie upatrzył Pokój Wspólny za cel na ten wieczór.
James, jak to zwykle bywa, usłyszał coś, wyrwał z kontekstu i tylko myślał nad możliwościami, co Lily mogłaby powiedzieć i jak użyć jego imienia w zdaniu. A, no i oczywiście w jakim celu.
— O nic.
Potter uśmiechnął się szelmowsko, a błysk w jego oku potwierdził, że na tym temat się nie skończy. Lily doskonale znała ten wyraz twarzy. Pewność siebie go zalewała, a iskierka intrygi łaskotała jego wnętrze.
— Nic?
— Nic.
— Nic? Zupełnie nic?
— Zupełnie nic.
Obserwatorzy tej wymiany zdań mogliby stwierdzić, że albo ktoś im coś czegoś dosypał albo po prostu ktoś ich jakoś podreperował zaklęciem.
Kilka zdań dalej James już powoli tracił cierpliwość, a oczy Lily tylko się śmiały z tej sytuacji. Oboje uwielbiali się kłócić, co było demonstrowane w przeszłości trylion razy, a teraz zgryźliwe komentarze były na porządku dziennym. Co dziwne, jeszcze się nie kłócili i każdy obstawiał ile ten stan rzeczy będzie trwał.
— Ej, no weź powiedz, Lilka — jęknął James, kapitulując.
— Poduszkę — Syriusz przewrócił oczami i sam postanowił rozstrzygnąć tę sprawę. Trochę dziwne, że nie zrobił tego wcześniej.
— Weź sobie, Łapo. — zirytowany Potter poprawił szybko okulary, bo zaczęły mu się zsuwać, gdy się pochylał. — Lilka, proszę, powiedz.
Po tej wypowiedzi pomieszczenie wypełnił perlisty śmiech. Zdezorientowany James spojrzał na Lily, nie wiedząc, co mogło ją tak rozbawić. Lecz wtedy, kiedy chłopak wsłuchał się i popatrzył chwilę dłużej nie mógł się nie uśmiechnąć.
Dziewczyna tak bardzo się śmiała, że musiała złapać się za brzuch, bolący brzuch i przez dłuższą chwilę nie mogła się uspokoić. Otarła kciukami łzy ze swoich policzków i wyprostowała się, siląc na spokój.
James za to wpatrywał się w nią niczym w obrazek, bo zapewniał się w duchu, że nigdy nie słyszał bardziej hipnotyzującego dźwięku niż to, co usłyszał przed chwilą. Delikatny, gładki i tak bardzo przyjazny dla ucha. Kolejny punk na liście "Powody, przez które pokochałem tę rudą istotę".
— Hm? — Lily podrapała się po karku. Teraz to ona nie wiedziała o co chodzi, a coś czuła, że wcale o nic dobrego.
— Nic, nic — James pokręcił głową. Rozejrzał się po minach przyjaciół, którzy przypatrywali się im z uśmiechem lub z uniesionymi brwiami. No, z wyjątkiem Syriusza, bo on patrzył na Dorcas. Ona zaś wiedziała o tym doskonale i tylko czasem, przypadkiem oblizywała lub przygryzała wargę. — Dlaczego... Się śmiałaś?
— Serio? Nie wiesz?
Zastanowił się chwilkę. Nie, nie wiedział. Nie miał pojęcia co o tym myśleć. Śmiała się z niego? Co on takiego powiedział? W sumie to cieszył się, że była wesoła. Nie ważne z jakiego powodu.
Pewnie dlatego, że palnął jakąś głupotę, ale dla usłyszenia tego śmiechu mógł mówić głupie rzeczy godzinami.
W sumie to i tak już czasem to robił...
Wbił w nią spojrzenie, a ona tylko westchnęła.
— Syr... — urwała i zastygła. Po sekundzie uśmiechnęła się lubieżnie, a u niego w umyśle, widząc ten wyraz twarzy, zapaliła się czerwona lampka. Coś przeczuwał, że się nie dowie tego, czego chciał. Wsparła się na łokietniku, odgarnęła włosy z twarzy. — To wiesz co, James? Jak się dowiesz, to mi powiesz.
Puściła mu oczko, a potem, zostawiając go kompletnie osłupiałego, i nawet nie dając możliwości dla zrozumienia tych słów, wstała i udała się do dormitorium.

*÷*÷*÷*÷*
Lilynne Evans była dość specyficzną osobą. Piękna, młoda kobieta, która zawsze stawia na swoim, jej rolą życiową było bycie dobrą córką i świetną uczennicą, zyskującą zadziwiające wyniki w nauce. Żadnych chłopców, bo po co? Jej przyjaciółki i rodzina były dla niej wszystkim, tak samo jak reputacja, której dziewczyna broniła jak lwica. Wydawać by się mogło, że rudowłosa przez całe swoje życie miała takie same cele, ważne rzeczy do zrobienia i te same nudne dni do przeżycia.
Że nic się nie zmieniła. A szczególnie w tym roku.
Jakaż to była bujda!
Dziewczyna z opanowanej, idealnej i nienagannej Lily stała się dziewczyną, która nie da sobie dmuchać w kaszę, opryskliwą i wiedzącą o swoich wartościach,  jak i racjach nastolatką, przyjęła inne wartości jako cel. Oczywiście nie przestała uważać, że nauka jest dla niej czymś, o co w pierwszej kolejności będzie się martwić. Przeszła nawet z "idioci Huncwoci!" do "Huncwoci się postarali, serio". Wydoroślała, jej sylwetka stała się bardziej kobieca. A, no i oczywiście wielki przełom w tym, że dopuściła jakoś do siebie niejakiego Jamesa Pottera i, uwaga!, jest z nim nawet przyjaciółmi.
Był jeszcze Severus Snape. Przez jego język w sercu Lily otworzyła się rana, zasklepiająca się już tak bardzo pięknie. Patrząc na to z perspektywy czasu, nie mogła uwierzyć, że stary przyjaciel stał się dla niej... Niespełna wrogiem.
Ale jak widać wróg może się stać przyjacielem, a przyjaciel kimś, kto wręcz wyrwie ci serce i rozerwie na kawałki, kiedy ty będziesz mu patrzeć prosto w oczy, a on to będzie odwzajemniał.
Wiedziała, że jej pewna część już wybaczyła Snape'owi. Wybaczyła i nie miała żalu, bo przecież każdy drepta swoimi ścieżkami. Ale wiedziała też, że ta część umarła. I umiera z każdym nowym dniem.
I właśnie dlatego, że Lilyanne była tak bardzo specyficzna, to teraz siedziała pod drzewem, które było pokryte szronem i wyglądało pięknie. Siedziała na ławeczce, którą sobie wyczarowała. Opatulona grubym szalikiem w barwach jej domu i rękawiczkach do kompletu, trzymając w rękach kubek z gorącą czekoladą, rozgrzewający ją i jej wnętrze. Kołysała się lekko, nie zważając na zimno, podśpiewując śliczną melodię i wpatrywała się w Zakazany Las. Szron lśnił w promieniach słońca, wynurzającego się powoli znad chmur i jakby, uśmiechającego się i mówiącego perfidnie "Jestem, jak tam spisał się mój kolega mróz?".
Było już po lekcjach i po obiedzie, a że był piątek to dziewczyna odpuściła sobie jedno popołudnie. Rozmyślała nad zmianami w jej życiu i wręcz błagała Merlina, aby były dobre, odpowiednie. Błagała, aby nie były tylko ulotną chwilą, a pozostawiły po sobie szczęście i radość na długie lata. Nie tylko teraz.
Usłyszała kroki, ale nie odwróciła się. Było jej to obojętne. Niech się dzieje co chce. Ona miała definitywnie dość. A, jeśli ma ktoś do niej przyjść to niech chociaż będzie wart rozmowy z nią.
Po jej lewej stronie usiadła jakaś postać, ale się nie odezwała nawet słowem. Po prostu pozwoliła, aby jej ciało oklapło spokojnie na ławeczce. A Lily, cóż, Lily pozwoliła tej osobie na to.
Przez moment nikt się nie odzywał, Evans nie spojrzała, nawet ukradkiem, w stronę tajemniczego przybysza. Jedynie wiedziała, że to chłopak po butach. Całkiem ładnych butach, musiała przyznać.
Za to sączyła powoli swój napój i wydawało się, jakby był jej lekiem na wszystko.
Podniosła głowę i spojrzała. Czarne, przydługie włosy, roztrzepane, zapewne przez wiatr, stalowe oczy, teraz zamknięte, a plecy oparte o oparcie ławeczki, tak, jakby był czymś zmęczony, utrapiony, a teraz ta ławeczka miałaby być ukojeniem.
— Cześć, Ruda — jego głos był cichy i lekko ochrypły. Za to usta rozciągnęły się w małym uśmiechu.
— Siemasz, Syriuszu — również się uśmiechnęła. Podciągnęła kolana pod brodę, opierając na nich głowę.
— Co tam? — zapytał swobodnie, wzdychając.
Widać było, że coś go trapiło.
— Syriuszu, co jest? — spytała, chcąc od razu przejść do rzeczy, a nie bawić się w jakieś Głupie-100-pytań.
Chłopak jęknął, znów zamykając oczy i przykładając rękę do czoła.
— Nic dobrego, Ruda, nic dobrego.
Nutka goryczy w jego głosie prawie wbiła sztylet w jej serce. To było okropne. Widzieć i czuć ten nastrój Syriusza. Syriusza Blacka, który nie powinien mieć utrapień. Tak, jak każdy z nas. A za to ten chłopak miał okropnie ciężko w życiu i wcale nie powiedziane, że nad jego głową wreszcie zamiast deszczowej burzy z piorunami pokaże się tęcza, obfitująca  w kolory świata.
— To witaj w klubie, Łapo — posłała mu krótki uśmiech.
— Ach, to u ciebie też dupa blada?
Lily miała ochotę się roześmiać. Ale tylko pokiwała głową.
— Uwierz mi, Syriuszu, nawet bardzo blada.
Chłopak zmarszczył brwi, a na jego twarz wstąpił grymas.
— Dlaczego to życie jest takie trudne, Ruda? Dlaczego?
— Przykro mi, Łapo, ale na to pytanie nie znam odpowiedzi. — a najgorsze było to, że ona też już dość często zadawała sobie to pytanie. Było jednym z jej ulubionym. I stałym, bo do dzisiaj nie mogła znaleźć rozwiązania.
Black się roześmiał. Ale wcale nie był to śmiech wesoły. Dało się wyczuć w nim wszystkie jego emocje. Złość, frustrację, smutek i żal.
— Dość dziwne, że ty czegoś nie wiesz, rudzielcu — zażartował i dostał w ramię.
— Syriuszu, proszę, powiedz o co chodzi. Nie mogę patrzeć, jak... Cierpisz.
I to była szczera prawda. Lily była bardzo wrażliwa na cierpienie, może dlatego że sama dużo przeszła, a może dlatego że widzi codziennie, jak chociaż jedna osoba jest czymś zasmucona, zaniepokojona.
A krzywda przyjaciół... Wtedy już nie może stać z boku.
— Wiesz, Lily, może, jak to jest być tym złym? — Syriusz przejechał ręką po twarzy. Panna Evans po krótkim zastanowieniu pokiwała głową. Wiedziała. A dala jej to do zrozumienia chociażby jej siostra. — Właśnie. Tylko u mnie dochodzi jeszcze to, że moja własna matka i ojciec mnie nienawidzą, brat jest totalnym kretynem, który robi wszystko co mu każe matka, nie patrząc na innych, a w szczególności na siebie, wykorzystuję rodziców Jamesa, bo nie mam, gdzie się podziać. Może i mnie kochają, tak bardzo jak ja ich, ale wiem, że nie jest ze mną łatwo. Jeszcze do tego nie potrafię być idealnym przyjacielem, wojna mnie przerasta i przeraża, a sprawy z dziewczyną, na której mi zależy cały czas zawalam.
Lily sapnęła cicho. Z głową na kolanach doskonale zauważyła ból w oczach chłopaka. A potwierdzało to też to, że Syriusz zaciskał pięści. Starał się nie wybuchnąć.
Syriusz najwyraźniej przechodził przez jeden z tych dni zwątpienia.
Dziewczyna była zdruzgotana. Nie zdawała sobie sprawy, że ten wesoły nastolatek ma tyle utrapień i skomplikowanych spraw. Że pod maską tryskającego szczęściem chłopaka jest taki ogromny mętlik. Z trudem przełknęła ślinę. To było okropne i zaczęły ją szczypać oczy. Przykro było przyznać, ale na pewno nie od mrozu.
Cierpiała razem z Syriuszem. I przeklinała rodzinę Syriusza. Bo to ona w szczególności była przyczyną jego zmartwień. Black może i był twardy, ale teraz była pewna, że mimo wszystko jest bardzo rozgoryczony tym, że jego rodzice go nie akceptują. Że nie akceptują tego, że to jego życie. I jego wybory.
— Syriuszu, — wzięła głęboki wdech — nie możesz się tak tym zamartwiać, rozumiesz? To nie twoja wina, że twoi rodzice nie akceptują twoich wyborów. To tylko i wyłącznie ich wina. To oni powinni czuć to, co ty czujesz teraz, czy kiedykolwiek indziej. To oni powinni cię wspierać we wszystkim, nie ważne jaką drogą kroczysz. Co z nich za rodzice, jeśli nie rozumieją tego, że nie będziesz na każde ich skinienie palca i nie masz zamiaru, nawet najmniejszego, chwalić Voldemorta, a już w szczególności dołączyć do jego szeregów? Z wojną nic nie możesz zrobić, jedynie wspomagać dobrą stronę. Wiem, że się jej boisz, bo kto nie. Ja na przykład się strasznie boję i nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak to będzie. Przyjacielem jesteś świetnym, Black, i nie możesz myśleć inaczej. Ja to wiem doskonale. To, jak bardzo jesteś oddany Huncwotom tylko to potwierdza, więc nie waż się tak myśleć, bo ci skopię dupsko — roześmiał się na tę uwagę. Pewnie pomyślał o tym, jak to Lilka, drobna dziewczyna mogłaby pobić jego, osobnika, który jest od niej sporo wyższy i lepiej zbudowany.
Lily tylko się uśmiechnęła, bo cieszyła się, że mogła go chociaż trochę uszczęśliwić i ciągnęła dalej:
— A co do rodziców Jamesa i dziewczyny... Jestem pewna, że gdybyś im przeszkadzał to byś już tam nie mieszkał, Łapo. Myślę, że oni kochają cię nawet mocniej. A z dziewczyną nie powinno być problemu. Serio, zrób jakiś krok, bo ja już mam tego dość. Zaproś ją na jakąś randkę, czy coś. Jestem pewna, że się zgodzi. A poza tym, przecież żadna dziewczyna nie oprze się Syriuszowi Black'owi, prawda?
Zachichotała, a on parsknął i pokręcił głową. Zapomnieli o mrozie i o tym, że ich policzki i nosy przypominają kolorem pomidory, jakie w swoim ogródku ma mama Lily.
Gorąca czekolada na szczęście była nadal gorąca i Ruda zapamiętała sobie, żeby podziękować za to skrzatom.
— Nie podzielę się, przykro mi, Syriuszu — powiedziała i dopiła do końca, wzdychając z zadowoleniem.
Syriusz uśmiechnął się nonszalancko, a potem pstryknął trzy razy palcami. Evans spojrzała na niego, jak na jakiegoś dziwaka. Serio, teraz będzie sobie pstrykał palcami?
Ale, kiedy usłyszała cichy trzask, otworzyła tylko buzię.
Przed nimi zmaterializowała się skrzatka, patrząca na nich dużymi oczami, pełnymi szczęścia. Miała na sobie stary worek, bardzo zniszczony.
— Tak, paniczu Syriuszu? — ukłoniła się lekko.
Lily nie mogła się poruszyć, była zafascynowana.
— Witaj, Mgiełko. Cieszę się, że mogę cię zobaczyć! Mam prośbę. Czy mogłabyś nam skombinować dwa kubki gorącej czekolady? — kiedy Syriusz tylko to powiedział, usłyszeli następny cichy trzask, a skrzatki już nie było.
Lily przypatrywała mu się ze zdziwieniem.
— Serio? Masz skrzatkę na każde zawołanie? — spytała.
Syriusz wyszczerzył zęby.
— Pomogliśmy jej kiedyś. Ale uwierz, nie wykorzystujemy jej tak bardzo. A akurat teraz nie chciało mi się biec do zamku po czekoladę.
Następny trzask i Mgiełka stała z dwoma parującymi naczyniami pełnymi napoju bogów.
— Proszę — powiedziała swoim skrzekliwym głosem i wpakowała im w dłonie po kubku.
— Dziękujemy, Mgiełko — Lily wysłała jej uśmiech.
— Nie ma za co, panienko Lily. Paniczu Black, czy mogę jeszcze spełnić jakąś prośbę? — w jej wielkich oczach były iskierki i było widać, że cieszy się, że mogła pomóc.
— Nie, nie, dziękuję, Mgiełko.
— To ja dziękuję.
I kłaniając się, zniknęła.
— Nieźle.
Lily była pod wrażeniem. Huncwoci naprawdę musieli jej pomóc. Widać było, że Mgiełka była uradowana możliwością pomocy dla Syriusza. Już nawet nie pytała się skąd Mgiełka zna jej imię. To w sumie było oczywiste...
— Co nie? — chłopak uśmiechnął się, a potem odchrząknął, wbijając wzrok w ziemię. — Dziękuję, Lily. Naprawdę. Za każde twoje słowo. Jesteś wspaniałą... Przyjaciółką. Nie dziwię się ani trochę Jamesowi. Na serio. Dziękuję.
Evans rozpromieniła się. I wściekłe zarumieniła na wzmiankę o Jamesie. Liczyła na to, że Syriusz się nie domyśli. Ale po chichocie wiedziała, że jest na przegranej pozycji. Dała mu kuksańca.
— Jest mi zimno, przestań.
— Tak się teraz mówi? OK. — zaśmiał się.
Siedzieli chwilę w ciszy. Rozkoszując się czekoladą, będącą teraz dla nich ambrozją, i widokiem, jaki się przed nimi rozpościerał.
— Syriuszu, nie ma za co, naprawdę. Nie mogłam pozwolić, abyś się zamartwiał o takie rzeczy. Nie pozwolę, aby moi przyjaciele byli smutni.
Syriusz wytrzeszczył oczy.
— Wow, pierwszy raz powiedziałaś, że jestem twoim przyjacielem. Wiesz, Ruda, to miłe.
I to była prawda. Pierwszy raz powiedziała coś takiego Syriuszowi. Ale, biorąc pod uwagę fakt, że dzisiaj się tak przed nią otworzył, pokazał swoje prawdziwe ja i był razem z Huncwotami przy niej, tylko utwierdził ją w przekonaniu, że tak właśnie jest. Że to są jej przyjaciele.
— W końcu trzeba było, prawda? — wyszczerzyła się do niego.
— Prawda — zaczął bawić się swoim szalikiem. — Lily?
— Hm?
— Daj mu szansę.
Lily przełknęła gulę, która utworzyła się w jej gardle. Może Black i nie wyraził się bardzo jasno, ale Lily doskonale wiedziała o kogo chodzi. I to ją zgubiło.

*÷*÷*÷*÷*
Sobota minęła dość przyjemnie, spędzona z przyjaciółmi i z książkami. Nauczyciele nawet nie myśleli, aby na weekend dać mniej lekcji, mało tego, dołożyli jeszcze więcej. Tak więc, Lily sobotnie popołudnie spędziła na ćwiczeniu zaklęcia obronnego i na pisaniu wypracowań na Zielarstwo i Wróżbiarstwo.
Noc okazała się tylko marnymi liczbami. Niedziela za to, pozwoliła nieco ochłonąć.
Po rozmowie z Syriuszem zostały tylko wspomnienia, a chłopak wrócił do dawnego trybu życia i nie widać było w nim nawet grama smutku. Za to ich relacje bardziej się ociepliły i tylko, gdy Syriusz zauważał Lily to wysyłał jej promienny uśmiech, tak, jakby chciał za wszystko podziękować. Lily mu tylko odpowiadała i po zmarszczonych czołach jego przyjaciół wiedziała, że tylko oni dwoje wiedzą o ich rozmowie.
Lily szła ramię w ramię ze swoimi trzema przyjaciółkami w kierunku Wielkiej Sali, aby zjeść tam obiad. Niedzielny poranek spędziły w łóżkach, opowiadając sobie o wszystkim, co zaszło w ich życiu i śmiejąc się do rozpuku z przypomnianych żartów i śmiesznych sytuacji. Zaszyte w swoim dormitorium, odreagowywały ostatni tydzień. Jedynie, kiedy głód ścisnął je tak bardzo, że nie mogły praktycznie chodzić, zdecydowały się zebrać i iść do Wielkiej Sali na posiłek.
Popchnęły drzwi i dumnym krokiem przeszły przez środek do swojego stołu.
— Meadowes, masz niezły tyłek! — krzyknął, jakiś Puchon, kiedy już usiadły.
Oczywiście nie obyło się bez spiorunowania wzrokiem przez McGonagall, która zachowywała się, jakby od czyjegoś wejścia tylko nasłuchiwała, co kto mówi, aby mieć wszystko pod kontrolą. Można było się założyć, że miało to coś wspólnego z Huncwotami.
— Wiem! — odkrzyknęła w akompaniamencie śmiechów i pogwizdywań.
Jednak zaraz się odwróciła, aby spokojnie zjeść. Wręcz rzuciła się na półmisek z ziemniakami, nakładając sobie na talerz i zwijając go sprzed nosa Syriuszowi.
Stoły uginały się pod ciężarem jedzenia, ławki były pozajmowane i praktycznie nie było już, gdzie usiąść, rozmowy rozbrzmiewały w każdym kącie, odbijając się od ścian i docierając do spragnionych uszu hogwartczyków. 
— Cześć — rzucili chórem Huncwoci, co wyglądało dość dziwnie.
Zachichotały.
— Cześć.
Kiedy Lily podniosła wzrok, zauważyła nad stołem spojrzenie okularnika, siedzącego naprzeciwko niej. Już wiedziała, że czeka ją jakieś pytanie z jego strony, bo jego oczy się świeciły, a psotny uśmiech zalewał twarz.
— Lily, powiesz mi?
Zmarszczyła brwi.
— Ale co?
— To, czego nie powiedziałaś mi ostatnio.
Posłała mu pytające spojrzenie, a on tylko wzruszył ramionami i mrugnął do niej.
Wydawało jej się, że każdy jej się przypatruje. Dorcas przestała wpychać w siebie kurczaka, ręce Syriusza zawisły nad miską, Remus zaprzestał swojej rozmowy z Ann i Alicją. Jedynie Peter patrzył i jadł. Dla niego to albo nie była nowość albo wolał zjeść. Albo to i to.
Lily westchnęła.
— James, mów o co ci chodzi.
— Dowiedz się, a jak się dowiesz to mi powiesz.
Dziewczyna otworzyła usta i zamknęła. Wmurowało ją.
"Czy on użył mojego tekstu?", pomyślała.
Chłopak uśmiechnął się przebiegle. Syriusz zachichotał. Lily przeniosła spojrzenie na niego. Wiedziała, że w nim ostatnia nadzieja.
— Syriuszu, czy on mówi nadal o tej sytuacji z wtorku? — wygięła jedna brew, a Syriusz pokiwał głową. — Czyli nie powiedziałeś mu?
Zaśmiała się. Niestety Potter nie był już taki zadowolony i wyglądał na nadąsanego. To było dość śmieszne, że przyjaciel mu tego nie wytłumaczył. Ale po Łapie można było spodziewać się wszystkiego.
— Oczywiście, że nie — prychnął Black. — Ale muszę ci zdradzić, że już doprowadzał mnie do szewskiej pasji tymi swoimi "Łapo, powiedz", "Łapo, co z ciebie za przyjaciel?" lub "To teraz trzymasz jej stronę, Black?". Mówię ci, zachowywał się jak dziecko. Raz nawet ryknął na mnie, na mnie, Lily, rozumiesz?!, a potem niczym mała dziewczynka wszedł i zamknął się w łazience — Syriusz pochylił się nad stołem ku niej, trącąc jakiemuś czwartoklasiście talerz, który niefortunnie upadł na podłogę i roztrzaskał się. Syriusz tylko wykrzywił twarz w grymasie, a poszkodowany poczerwieniał ze złości. Łapa mruknął "Sorry". — Jestem pewny, Ruda, że usiadł w kącie i płakał.
Wyprostował się z wyszczerzem na twarzy, a Evans zachichotała i spojrzała na Jamesa, który zaciskał zęby.
— Myślę, że to prawdopodobne — mówiąc te słowa skierowane do Syriusza, patrzyła prosto w niemal świecące oczy Jamesa. Zdawała sobie sprawę, że nawet i on jest tym wszystkim rozbawiony, a udaje tylko na pokaz.
— Tak, ja też tak uważam — Dorcas podniosła rękę do góry i poruszyła palcami. 
James zmrużył oczy.
— Czy wyglądam na osobę, która idzie do łazienki i płacze?
Wymienili spojrzenia, a potem zgodnie pokiwali głowami, mówiąc:
— Tak.
— Zdecydowanie tak.
— Oczywiście.
James westchnął i potarł palcami skronie.
Wydawał się lekko zażenowany zachowaniem przyjaciela.
— Lily, może przestaniemy grać w tę grę na elokwencję, hm? Krótka piłka, tak czy nie?
Lily potarła podbródek, udając zamyśloną.
— Nie.
Chłopak popatrzył na nią błagalnie, a ona tylko pokręciła głową. Moc jego spojrzenia ją przytłoczyła, ale nie skuliła się. Dumnie wypięła pierś, dając mu do zrozumienia, że nic nie wyciągnie. Wpakowała za to do ust porcję sałatki.

*÷*÷*÷*÷*
Można było powiedzieć o Lily bardzo dużo. Nawet, można byłoby iść o zakład, że napisać książkę o tym rudzielcu. W sumie pewnie byłaby długa, biorąc pod uwagę to, jak bardzo (nie)skomplikowaną dziewczyną jest. Ale na pewno nie znalazło by się tam zdanie lub w ogóle potwierdzenie, że ta dziewczyna jest cierpliwa. O nie.
Cierpliwość to jej wróg numer jeden (awansował po oświadczeniu, że są z Jamesem w czysto przyjacielskiej relacji — Lily często bardziej dla żartu nazywała Jamesa swoim wrogiem) i to chyba tłumaczyło fakt, że Evans była wybuchowa, co sprzyjało kłótniom. Drugim i podstawowym czynnikiem był James Potter, ale pomińmy.
Panna Evans cierpliwości nie miała w swoim drobnym ciałku nawet krzty. Niektórzy mówili, że to rodzinne, a inni, że tylko ta złośnica ma taki charakterek niemożliwy do utemperowania. 
I tak samo tamtego dnia niecierpliwość wzięła w górę.
Od samiutkiego ranka. kiedy to słońce próbowało nieśmiało wyjść zza chmur, każdy dosłownie każdy, zachowywał się, jakby stracił rozum. Lub chociaż się z kimś nim zamienił.
Panna Evans wstała wcześniej niż to zazwyczaj robiła w środę i przeciągnęła się niczym leniwa kotka. Zazwyczaj tego dnia marudziła i nie chciało jej się wstawać, tak dzisiaj zeskoczyła z łóżka, uważając, aby nie obudzić współlokatorek, bo zdawała sobie sprawę, że dostałoby jej się i to nieźle. Od Ali, ponieważ wczoraj wróciła bardzo, bardzo późno z randki z Frankiem (randka we wtorek, serio?), Ann uczyła się do późna, bo miała jakieś zaległości, a że nie mogła sobie na nie pozwolić, to wkuwała dzień i noc, a Dorcas... Dorcas krzyczałaby, bo tak miała w naturze.
— Nigdy, ale to nigdy nie budź mnie nawet minutę przed wyznaczoną godziną na pobudkę — mówiła jej kiedyś, a Lily potulnie posłuchała. Serio, to był najdelikatniejsze słowa, jakie dostała od niej w przeciągu kilku tych nieszczęsnych minut, gdy ją obudziła. Piekło.
Teraz, więc poszła cichutko do łazienki, uprzednio biorąc mundurek i wykonała poranne czynności. Związała włosy w luźnego warkocza, opuszczonego na lewe ramię i wygładziła spódnicę. Poprawiając krawat, bo ja lekko przyduszał, wyszła z pomieszczenia i wzięła torbę, która, no cóż, nie oszukujmy się — lekka nie była. Zajęć tego dnia miała sporo i tylko czekała na moment, kiedy tu wróci i walnie się na łóżko.
Zeszła po schodach, chociaż coś jej nie pasowało, starając się, aby jej botki nie robiły zbytniego hałasu. Widać było, że większość osób albo jeszcze śpi, albo jest na śniadaniu.
W Pokoju Wspólnym dogasał ogień, a na jednym z foteli siedziały jakieś dwie piątoklasistki, które zapewne usnęły tutaj przy nauce. Chociaż były przykryte kocem. Miło.
Przeszła przez dziurę pod portretem i skierowała swe kroki ku Wielkiej Sali. Nie spotkała prawie nikogo oprócz Pani Norris, patrolującej wszystko chyba dokładniej niż Prefekci. A na pewno lepiej współpracującą z Flitchem.
Przeszła przez wrota Wielkiej Sali i chociaż było przed siódmą to była tutaj garstka osób. Pewnie nie mogli spać, czy coś w tym stylu.
Stoły oczywiście były już nakryte i tylko można było się zastanawiać, kiedy skrzaty to przygotowały.
Przy jej siedzisku było paru pierwszorocznych, dwóch trzeciorocznych, siódmoklasista i... Ku jej zdziwieniu, jeden szóstoklasista.
Jej brwi powędrowały w górę, a sama przysiadła się do chłopaka.
Wow, ty też tu? — zapytała i rzuciła torbę przy swojej nodze.
Głowa jej przyjaciela uniosła się, a usta po zobaczeniu jej od razu wygięły ku górze.
Wow, chyba tak — odparł, zachrypniętym głosem.
Nie była to jedyna oznaka, że nie wyspał się do końca, albo nie rozbudził się jeszcze w pełni. Jego koszula była lekko wymięta, krawat, chociaż to już chyba było standardem, był tylko przewieszony, włosy miał rozczochrane, a wzrok mglisty.
Lily chwyciła kromkę i posmarowała sobie ją dżemem.
— Nie mogłeś spać?
— Powiedzmy — podrapał się po karku.
— Powiedzmy?
Położył łokcie na stole i podparł brodę na dłoniach, patrząc na nią.
— Dokładnie — puścił jej oczko.
Dobra, Lily mogła już śmiało stwierdzić, że ją to irytuje. I to całkiem mocno. Ta gra ją po części bawiła, ale po większej połówce była makabryczna. Chłopak nie chciał się do niczego przyznać, a jego odpowiedzi były krótkie i zwięzłe.
— Jaamees — zaskomlała. — Serio, nie mam ochoty się w to bawić. To robi się dziecinne.
— Czyli jest idealnie dostosowane do twoich możliwości — błysnął uśmiechem, na co dała mu sójkę w bok.
— Jesteś okropny, to już wiem. I głupi, nietaktowny, nudny, leniwy, niewychowany, i tutaj, broń Merlinie, nie jest to wina twoich rodziców, pyszałkowaty, pewny siebie...
— ... Idealny, przystojny, pracowity, miły, przystojny, o złotym sercu... — Lily zerknęła na niego i stłumiła śmiech. — Ile jeszcze będziemy wymieniać epitetów, aby opisać moją cudowną osobę?
— Myślę, że skromny uzupełni nasz opis.
James pokiwał głową, udając zamyślenie. Popukał się palcem w podbródek.
— Tak, to będzie idealne.
Spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem. Coraz częściej im się to zdarzało w swoim towarzystwie i mogli z czystym sercem przyznać, że było to o wiele lepsze niż ciągłe darcie kotów.
— A ty? Nie mogłaś spać?
— Po prostu wcześniej się obudziłam — wzruszyła ramionami, wgryzając się w następną kanapkę.
Niewielka ilość dżemu uciekła z kanapki i postanowiła sobie zostać na brodzie Lily. Dziewczyna położyła chleb na talerzu, wzdychając.
Musiałam jeszcze pokazać mu, jaką fleją jestem?  
Kiedy chciała już podnosić rękę z serwetką, aby to zetrzeć, palec chłopaka znalazł się w tempie ekspresowym na jej twarzy i odgarnął konfiturę truskawkową. Lily znieruchomiała, a jej policzki, słowo daję, pokryły się tak ostrym odcieniem różu, że chyba nigdy taki na nich nie zagościł.
Po kilku sekundach, a może godzinach?, kto by to liczył?, wypuściła powietrze, nawet nie zdając sobie sprawy, że wcześniej je wstrzymywała i poparzyła z wahaniem na okularnika.
James wpatrywał się w swój palec, będący już czystym, bo najwyraźniej chłopak już go wytarł. Sam był zarumieniony, co było dość słodkie, ponieważ on rumienił się bardzo rzadko.
Podrapał się po głowie i odwrócił w jej stronę, zakłopotany.
— Przepraszam — wydukał.
I chociaż przepraszał to w jego oczach było pełno emocji. Zdziwienie, tak, jakby nie wierzył własnemu ciału, że to zrobił, podziw i coś jeszcze.
Cholera, Evans nigdy nie mogła zidentyfikować tego "czegoś jeszcze".
Nic się nie stało — przełknęła ślinę. — Um... I dziękuję.
Chłopak skinął głową.
Zajęli się swoim śniadaniem, pogrążając w swoich myślach.
Co się stało?! Zastanawiała się Evans i nie mogła tego pojąć. Tego, czyli mniej więcej wszystkiego. Jego zachowania, jej zachowania i tego, jak ona to odczuła.
Bo, Merlinie... Dość, że jej to nie przeszkadzało, to jeszcze podobało.
I po tym, o czym myślała, chyba powinna posłuchać chociaż raz Petunii i iść do jakiegoś psychologa. I to jak najprędzej. Bo kolorowo nie było, a ona chyba traciła zdrowy rozsądek.
Zabijcie mnie. 
Lily odwróciła się, bo kątem oka zauważyła, że ktoś się zbliża.
Remus, ubrany w nienagannie wyprasowaną koszulę, ładnie ułożonych włosach i ślicznym, chociaż lekko zmęczonym, uśmiechu zbliżał się szybkim krokiem w ich stronę.
Ach, ale ten krawat to chyba już każdy z ich dormitorium tak nosi...
— Cześć, Lily — przywitał się i stanął przed nimi, rozglądając się na boki.
Co dziwne, spojrzał Evans tylko chwilę w oczy, a potem od razu przeniósł wzrok na Jamesa, jakby się obawiał, że swoim wzrokiem powie dziewczynie za dużo. Coś było nie tak. I to na pewno nie krzywy wzór na serwetkach.
— Witaj, Remusie — odparła z lekka zaintrygowana.
— James — Remus odchrząknął — skończyłeś już jeść? Bo tak się składa, że jesteś nam potrzebny w... — zaciął się. — W, no wiesz, czym. Teraz.
James spojrzał na niego i wpatrywał się bez słowa przez krótką chwilę. A chociaż tego mówionego słowa. Bo można było zauważyć komunikację wzrokową. Kurde, jeśli oni się tak porozumiewali, to chyba Lily musiała się zapisać na lekcje do nich.
— Jasne. Już idę.
Chłopak wstał i posłał Lily lekki uśmiech. Podniósł torbę i poprawił okulary.
— Miłego dnia — powiedział i pocałował ją w policzek.
Potem szybko wyszedł z Sali, nawet nie oglądając się za siebie.
I właśnie wtedy, świat Lily pierwszy raz się zachwiał. 

************
I tym oto akcentem kończymy dzisiejszy rozdział! :).
Witam, witam Was kochani!
Na początku chciałabym przeprosić Was za moje karygodne zachowanie ;-;. Ostatni rozdział był ponad dwa miesiące temu...
Przepraszam Was bardzo, ale niestety szkoła dała się we znaki. Teraz wcale też nie jest kolorowo, bo muszę nieźle cisnąć z poprawami, jeśli chcę mieć jakieś te oceny na półrocze...
Serio, przepraszam i mam nadzieję, że rozumiecie :).
Liczę na to, że rozdział się spodobał, jest nawet długi.
Jest też taki... Moment w ich relacji. Ten rozdział jest takim wprowadzeniem do zmiany w obojgu z nich. A nawet i w pozostałych z bohaterów :D.
Wiem, że gnam z tymi wydarzeniami i w ogóle, ale już mi dość mało zostało i fajnie by było zacząć drugą część. *kto się cieszy tak bardzo jak ja?*
W następnym rozdziale mogę Wam powiedzieć, że będą urodziny Lily *wow, jaki spojler! ALE CHYBA SIĘ NALEŻY*. Więc przygotujcie się :D. Będzie się działo! ^^.
Wezmę się jakoś w wolnej chwili do poprawiania pierwszych rozdziałów, bo tam jest po prostu makabryczne.
Następny rozdział będzie pewnie jakoś już w grudniu, zapewne w przerwie świątecznej. Przykro mi, ale szkoła wymaga ode mnie uwagi, a szczególnie teraz c;.
Dziękuję Wam za wyświetlenia! Bo mimo że rozdz nie było to długo to liczba wejść cały czas pnie się w górę. Dziękuję!
A, i proszę, żeby skomentował każdy kto przeczyta :). Chcę wiedzieć kto jest ze mną :*.

PS. Zaległości na Waszych blogach postaram się nadrobić w czasie najbliższym xd.

Pozdrawiam i dziękuję każdemu, kto mnie wspiera, a ku mojemu zdziwieniu i radości parę osób takich jest :*.

Do następnego! Miłych mikołajków ;>. (lista prezentów jest?)

Kathrine ;**.


niedziela, 20 września 2015

17. Szklana pułapka.

Lilyanne Evans odsłoniła jednym płynnym ruchem zasłony, pozwalając, aby poranne światło wlało się na jej łoże i odkryte, zgrabne chude nogi, znajdujące się na rogu mebla, które odziewały dzisiaj tylko krótkie, jasne, bawełniane spodenki na gumce. Chociaż tyle, że w ich dormitorium było ciepło i mogły pozwalać sobie na luksus, jakim było spanie w krótkich czy cienkich piżamach. Nie raz słyszały, że w innych sypialniach jest zimno, a dziewczęta musiały chodzić po jego wnętrzu w grubych swetrach i to nie tylko w zimę. Gdy to słyszały były bardzo zadowolone z tego faktu. Jakby nie patrzeć - następny argument, że ich dormitorium jest "najlepsze".
Westchnęła i przeczesała palcami potargane włosy, sterczące na wszystkie możliwe strony. Sięgnęła do szafki nocnej i wzięła jakieś romansidło, polecane ostatnio bardzo gorliwie przez Alice. Cóż, Lily za bardzo nie wciągnęło, ale skoro nie miała co robić...
Przekartkowała powieść, a spośród kartek wyleciała karteczka. Zmarszczywszy brwi, rozłożyła ją i dostrzegła jej starą wiadomość. Tajemniczy liścik od tajemniczej osoby. Cały ten zgiełk i to wszystko sprawiły, że Lily kompletnie o tym zapomniała, ale tak, jak postanowiła - na pewno dowie się kto to wysłał. Mimo wszystko. I na pewno będzie to jeszcze w tym miesiącu, styczniu. Będzie się bawić w detektywa, tak, jak to mówi Dor.
Już kilka dni temu wrócili do Hogwartu i trudno było im się przyzwyczaić, ferie świąteczne sprawiły, że uczniowie zapomnieli o nauce, a starali się spędzić czas z rodziną. No, w większości.
Wiele też się słyszało o zabójstwach w święta (w święta!), co sprawiło, że w każdym z czterech domu był ktoś kto stracił cząstkę siebie - członka rodziny. Może nie dla każdego był to ktoś szczególnie ważny, bo różnie teraz bywa, ale tak czy siak to była więź. Uczniowie różnie znosili straty, jedni płakali, drudzy byli na skraju załamania nerwowego, inni udawali, że są twardzi i przyjmowali maskę, a tak na prawdę zapewne w środku był płomień straty i rozpaczy, który zaciskał się boleśnie wokół serca, a czasem nawet dogłębnie smyrał, jakby był batem, a to wszystko jednym głupim polem do ćwiczeń lub gołym ciałem jakiegoś skazańca, czekającego na karę. Niekiedy jednak to przejmowało kontrolę i śmignęło tak, że aż zwalało z nóg, a przed upadkiem chroniły pokaleczone dłonie, wybijając się w podłoże. Wtedy już każdemu pozostało cierpieć samemu, po swojemu, w sobie.
Evans dość często też się zastanawiała nad Sylwestrem. Nie wiedziała co w nią wstąpiło. Alkohol - to sobie zawsze odpowiadała, jakby to wszystko wytłumaczyło, a potem cała sprawa byłaby zamieciona pod dywan, pod którym były rzeczy czy sytuacje z etykietką "nieważne" i były na równi ze sprawą zaginięcia skarpetki.
Czuła, że sama się już w tym wszystkim pogubiła, a cały ten stres i to wszytko zabiło jej zdrowy rozsądek. Wiedziała jednak, że to był błąd, ale gdyby cofnęła czas i mogła przeżyć to jeszcze raz to i tak postąpiłaby tak samo. Teraz żałowała, ale może jeśli by się wtedy odsunęła żałowałaby jeszcze bardziej?...
Szklana pułapka, która zaczęła nagle się zarysowywać i chwytać ją w swoje przezroczyste szpony była nie do zniesienia.
Przyjaciel. Zyskała nowego - starego przyjaciela. I czuła się z tym dziwnie, ale i szczęśliwie. Może i w tym roku była z nim przyjaciółmi jakieś pięć razy, ale jakoś dopiero teraz miała przeczucie, że jest to jakiś wybór. Wcześniej traktowała to jak wymówkę, aby zaprzestać tego harmidru i żeby James się od niej odczepił.  Przez całe swoje życie w Hogwarcie była z Jamesem na jednym stopniu, a ich ulubionym zajęciem była kłótnia. Sama nie zarejestrowała, kiedy przestała się z nim kłócić o błahostki, traktować inaczej, a nawet dopuszczać go - dobrowolnie - do siebie na odległość bliższą niż dziesięć metrów. Ten dzień, a może moment powinna gdzieś zapisać i - jak to często proponowała Dorcas —  świętować.
Powinnaś zapamiętać to wszystko! Będziesz miała o czym wnukom opowiadać! - mówiła.
Lily zawsze się śmiała z jej i jej głupich pomysłów.
Evans prawie zawsze odpowiadała jej jednym zdaniem, a brzmiało ono: "A kiedy ty pierwszy raz pocałowałaś się z Syriuszem? Tak na serio?".
Przypominała jej to i wytykała, że chociaż cały czas prawiła morały pannie Evans to nie potrafiła wziąć swoich własnych rad do serca.
Lily kiedyś nawet nie zwracała uwagi na to, że w pewnym czasie każda z nich się zakocha, a Hogwart przestanie być ich domem. Nie będą tam wracać, będą dorosłe, będą same podejmować ważne decyzje, założą rodzinę i pójdą do pracy.
Teraz starały się, aby ostatnie chwile przed dorosłością spędzić jeszcze czasem po prostu... Dziecinnie. Śmiać się z byle czego, robić coś nieprzemyślanego, bawić się. Po prostu.
A tymczasem Lily już w tym miesiącu będzie pełnoletnia, został rok do ukończenia Hogwartu, tylko Alice ma chłopaka (choć wcale nie uważają, że muszą wszystkie mieć te drugą połówkę, bo może jej po prostu nie być. Co jest złego w byciu starą panną z dwudziestoma kotami? Dostaniemy miłość razy dwadzieścia) i są szczęśliwi, na świecie panuje niepokój oraz strach i nic nie jest idealne.
Westchnęła przeciągle. Czy życie musi być takie trudne?
— Lily? — podniosła głowę znad książki, z której nie przeczytała nawet zdania na rzecz swojego codziennego rozmyślania.
— Tak, Dorcas? — jej jedna brew powędrowała ku górze, gdy zauważyła, że brunetka jej się przygląda, gładząc posłanie. Chyba chciała coś jej zakomunikować, ale nie mogła tego ubrać w słowa lub się zebrać, aby to oznajmić. Westchnęła ciężko.  — Um... Czy masz zamiar mi coś powiedzieć? Bo przepraszam, ale przerwałaś mi, a ta powieść mnie strasznie zaciekawiła. Wiesz, że Scott wreszcie poznał swoje uczucia do niej i...
— Tak, tak — ręka  Meadowes przecięła lekceważąco powietrze. — Jasne, że cię zaciekawiła. Już ci wierzę. A to z tymi uczuciami Scotta sobie zmyśliłaś czy serio już tak daleko doszłaś? — parsknęła, a Evans zachichotała. Dorcas dobrze wiedziała, że przyjaciółka skłamała. Bowiem, Lily zatrzymała się ostatnio na rozdziale piątym, a tam dopiero co bohaterowie się poznali. Tak, Meadowes też czytała tę książkę. Ponoć to była jakaś gratka w mugolskim świecie, a Alice dostała egzemplarz od kuzynki. A, że samej dziewczynie się to podobało to i poleciła przyjaciółkom, a Lily nie byłaby sobą, gdyby odrzuciła propozycję wzięcia od kogoś książki i przeczytania jej. O nie. Jeśli dają to trzeba brać, a kiedy dają książki to trzeba brać i uciekać!
— Dobra, masz mnie, ale to nie zmienia faktu, że się patrzysz, jakbyś chciała coś z siebie wyrzucić, a nic nie mówisz tylko się głupio uśmiechasz. Jakbyś była szczęśliwa, ale nie wiem z jakiego powodu. Może mi zdradzisz tę tajemnicę?
— Oczywiście, że nie, drogi rudzielcu! — Dor podeszła do niej i usadowiła się obok, łapiąc do ręki puchową poduszkę. — Po prostu... Czy muszę mieć powód, by się uśmiechnąć? Uśmiech powinien być czymś takim jak oczy... Prawda?
Lily zmarszczyła brwi. Co ona kombinuje? Nagle się bawi w poetę? Coś jest na serio nie tak.
— Dorc, kompletnie nie wiem o co ci chodzi, ale... — wbiła palec wskazujący w jej klatkę piersiową. — się dowiem. Przysięgam ci na moje piękne, rude pukle, że się dowiem. No, chyba, że chcesz mi powiedzieć...
— Powodzenia, mademoiselle — skinęła głową, przerywając jej niegrzecznie  i zachichotały.
Mimo że często się kłóciły, irytowały i złościły na siebie to i tak kochały jak siostry. Bo czym jest życie bez przyjaźni? Niczym.

*÷*÷*÷*÷*
Szli cali mokrzy, zmęczeni, oblepieni błotem i zziębnięci od palca u nogi aż po paluszka u ręki. Na korytarzu panowała zadziwiająca cisza, a przerywał ją tylko stukot butów dwóch chłopaków. Jeden z nich nerwowo przeczesał włosy, jakby się nad czymś zastanawiał i był czymś piekielnie zdenerwowany.
Wszystko go zaczynało przerastać, a treningi i lekcje wcale tego nie ułatwiały. Owszem - nigdy nie zrezygnowałby z Quidditcha, bo to całe jego życie, ale treningi, które organizował Charlie, były strasznie męczące. Ale to chyba już nie wina chłopaka, że chce zakończyć szkołę jako kapitan z pucharem? No właśnie. A, że mu na tym zależało to był w niektórych momentach, wręcz bezlitosny.
Styczeń, już od jego rozpoczęcia, był ciężkim miesiącem i z tego co wiedział to nie tylko dla niego. Przyjaciele, z którymi już coraz mniej rozmawiał, skarżyli się na to samo. Jego plan dnia wyglądał następująco: pobudka, lekcje, trening bądź szlaban, odrabianie prac domowych i pójście spać. Czasem tam gdzieś wpychał pełnię.
Czuł się, jakby był zamknięty w szklanej pułapce i nie mógł się wydostać. Jakby go złapali, a do normalnego świata wysłali Jamesa-robota, który robiłby wszystko automatycznie, nawet nie dając jego osobie wyjaśnić swoich spraw.
Kawałów również dużo nie robili i w niektórych momentach z przerażeniem myślał, że ludzie mogli już o nich zapomnieć. A tak być w żadnym przypadku nie mogło! Huncwoci byli królami Hogwartu i tak być powinno. Kiedyś, teraz i w ciągu kilku późniejszych lat.
Chociaż wiedzieli, że Drops czy szkolny woźny nie mogliby zapomnieć o takich psotnikach, popularnych na cały Hogwart i nie tylko, to mogli też z czystym sumieniem stwierdzić, że tak zrobić będą próbowali.
Zapomnieć.
Ale przecież się nie da! Nawet jeśli by się chciało. W końcu te sześć, a niedługo już siedem, lat było czymś... Wspaniałym. Najlepszym. Niezapomnianym.
I nikt nie ma prawa tego zapomnieć. Nikt. Bo dla nich to była... Przygoda, tak, przygoda życia.
Hogwart. Mój drugi dom.
Przyjaciele. Moja druga rodzina.
— James? Dlaczego stoisz jak jakiś idiota i patrzysz się na ścianę? — Syriusz z zaciekawieniem spojrzał na niego, a potem na ścianę, tak, jakby chciał zobaczyć to jest w niej takiego, że przyjaciel się tak na nią patrzy. — Widzisz tam coś? Masz jakieś zdolności i dzięki tym okularom widzisz coś więcej?
James wywrócił oczami zrezygnowany. Nawet nie zauważył, że przystanął.
— Syriusz, przecież wiesz, że noszę je, bo niedowidzę — położył nacisk na ostatnim słowie. — a nie dlatego, że widzę więcej niż ty, pacanie. — pokręcił głową. — No, ale jeśli by patrzeć na to z innej strony... To chyba ja i tak widzę, wiem i rozumiem wszystko lepiej.
— Tak, stary, jasne. A twoje drugie imię to skromność — parsknął. — Tylko nadal nie wiem dlaczego wciąż ukrywasz, że jest nim Charlus. To trochę nie fair w stosunku do innych. Na przykład popatrz na to z tej strony, że zaręczysz się z jakąś biedną dziewczyną, która będzie chciała z tobą być i pójdziesz do ślubu, a tam ona zobaczy, że wcale nie masz na drugie Charlus. I będzie wlepiać swój wzrok w świstek czy co to tam jest, na którym będą następujące słowa: James Skromny Pacan Potter. Bezcenne.
James zachichotał. Jego przyjaciel miał dzisiaj najwyraźniej dobry humor i musiał go zapytać z jakiego powodu. Ale to zaraz.
— Syriusz, nie wiem, czy ty na prawdę jesteś taki głupi, czy tylko udajesz. Wiesz, że właśnie, jakby nie patrzeć, podałeś jeszcze trzecie imię? Umiesz ty liczyć czy raczej nie? Bo serio, ja już nie wiem co mam o tobie myśleć. Mówi się, że psy są mądre, ale o tobie — muszę to przyznać z przykrością — tego powiedzieć nie można.
Black szepnął coś wrogo pod nosem, a brzmiało to bardzo podobnie do "cholerny Potter. On i ta jego zasrana idealność. Wzór się znalazł". Prychnął i założył ramiona na piersi.
— James. Rozumiem, że masz jakiś... kompleks? Tak to by było można nazwać? Ale proszę cię, — uśmiechnął się słodko. — bardzo cię proszę, przestań się wybielać, a mnie oczerniać. Zachowujesz się jakbyś był... Był... No nie wiem... Na przykład młodym bogiem! — tupnął nogą niczym małe dziecko. James zastanawiał się ile jeszcze wytrzyma i jak długo będzie jeszcze pocierał kciukiem podbródek i będzie udawał zamyślonego i bardzo zainteresowanego wypowiedzią Łapy. Na razie jakoś się trzymał. — Oczywiście, Hogwart ma już takiego jednego, który tak na dobrą sprawę stoi obok ciebie i gapi się — albo chociaż udaje, że to robi — w ścianę.
Tak na serio to nawet nie wiem dlaczego to robię, ale może chcę zrozumieć mojego kretyńskiego przyjaciela? Bo nic innego mi na myśl nie przychodzi.
Syriusz posłał mu znaczące spojrzenie i jak widać oczekiwał wyjaśnień. James odpłacił mu się tym samym z mocą i patrzyli tak na siebie, ale zaraz Potter opuścił wzrok i westchnął ciężko. Wiedział, że Syriusz chce mu pomóc, a jak już sobie to postanowił to tak szybko nie odpuści. Będzie go wyzywać, grozić, prosić, a nawet bić, kiedyś się zdarzyło, że go ugryzł — ważne, żeby dostał to, czego chciał.
Jego charakter być może i był trudny, ale jeśli chodziło o przyjaciół to chciał nawet i po trupach dążyć do ich szczęścia.
Przeczesał szybko włosy palcami.
— Łapo, nic się nie stało — odpowiedział szybko, ale pod spojrzeniem Syriusza tylko cicho jęknął. Akurat teraz mu się zachciało na rozwiązywanie spraw przyjaciół?! Dopiero co skończyli trening, są brudni, mokrzy i ledwo co trzymają się na nogach ze zmęczenia, a on sobie wybrał akurat ten moment na zwierzenia.
Zastanawiał się czasem, czy Syriusz nie ma jakiś zaburzeń. Coraz częściej wracał do tych myśli. — Uch... Syriusz, na prawdę będziemy gadać o tym teraz?! Teraz, kiedy stoimy na korytarzu? Proszę cię, po pierwsze ktoś nas może usłyszeć, a po drugie to padam prawie na twarz ze zmęczenia, a ty sobie żądasz wyjaśnień! Nie możemy porozmawiać o tym w dormitorium?
Syriusz rozejrzał się wokół, a jego tęczówki pozostały trochę dłużej na drzwiach, znajdujących się kilka kroków od nich, po prawej stronie. Na jego twarz wpłynął powoli uśmiech.
— Jeśli nie pasuje ci korytarz to możemy iść do łazienki. Tam usiądziemy i porozmawiamy.
James się wzdrygnął. Za nic nie pójdzie z nim do łazienki. Woli już tu stać i płakać, co już od dawna nie robił, nad swoim losem niż wejść z nim do takiego pomieszczenia. Jeszcze bardzo dobrze pamiętał, kiedy niecały rok temu przeszli przez drzwi do łazienki razem, we dwóch, a potem, gdy wyszli (też razem) i byli uśmiechnięci, bo wymyślili nowy kawał, za który mieli prawie miesięczny szlaban, to na korytarzu pojawiły się dwie grupki. Było w nich po mniej więcej sześć osób i każda znalazła swój kąt. Jedna składała się z samych chłopców, a druga z dziewcząt.
Gdy znaleźli się na korytarzu i przystanęli ze zdezorientowaniem, bo przecież, jak wchodzili nikogo nie było, a teraz nagle jakiś napad na łazienkę? I to męską? Chyba coś było nie w porządku.
Zmarszczyli wtedy brwi, a do ich uszu dostał się chichot i męskie, grube śmiechy. Spojrzeli po sobie i nie wiedzieli w ogóle o co chodzi — po sekundzie się dowiedzieli.
— No, Black, Potter, teraz mamy dowody, czyż nie? — zawołał jakiś dziwnie znajomy głos. — Nie wyprzecie się tego teraz.
Zaśmiał się, a oni razem z nim. Z kręgu wyszedł umięśniony blondyn i z lekkim obrzydzeniem wpatrywał się w dwójkę chłopców. Teraz już wiedzieli do kogo ów głos należał. Ciemne oczy iskrzyły się, a na twarz wstąpił nie za bardzo ładny uśmiech.
Z tym szóstoklasistą, a obecnie siódmoklasistą mieli na pieńku. Gdyby się ktoś zapytał, jak to wszystko się zaczęło to najprawdopodobniej powiedzieli by dwa, proste słowa. Nie wiem.
— Och, Kevinku — powiedział Syriusz, wysokim głosikiem. Chłopak napiął mięśnie. Bardzo nie lubił, gdy ktoś wspomniał o jego — wtedy jeszcze — dziewczynie, a ona akurat się do niego tak zwracała. Black bardzo dobrze wiedział co robi.
Miała ona okropnie piskliwy głos, czarne włosy przemalowane na blond, bo ponoć w takim wydaniu jej bardziej do twarzy, tony tapety na twarzy, które tylko zeskrobać i wziąć zalepić dziury w murach Hogwartu, i dziwkarski styl ubierania się. Mimo że miała jakiegoś tam chłopaka to i tak jawnie flirtowała z Syriuszem czy Jamesem. Nawet składała im różne propozycje, które wcale takie grzeczne nie były. — Czego się dowiedziałeś? Myślę, że powinieneś w końcu zacząć pilnować swojej dziewczyny, a nie nas. Przykro mi mówić, ale niestety my jesteśmy w stu procentach hetero. Ty ponoć też byłeś, ale... Czy mi się zdaję czy zmieniłeś orientację na nasz cel? — uśmiechnął się chytrze, a Kevina musieli przytrzymać, bo chciał już podejść do Łapy i mu coś zrobić. A można było zwątpić, czy byłoby to przyjemne i ładne w skutkach. Niestety, ale Kevin był nerwowy,
— Nie, akurat, Black, teraz nasze przypuszczenia, że wy jesteście gejami się tylko potwierdziły — wysyczał, cały czerwony na twarzy Kevin. Chłopak był rok od nich starszy i należał do Ravenclawu, chociaż w ogóle nie wiedzieli, jak Tiara mogła się tak pomylić; nie miał nawet grosza mądrości, grał również w Quidditcha na pozycji obrońcy. James zawsze uważał go za idiotę, który zachowuje się w stosunku do dziewczyn jeszcze gorzej niż Syriusz. Przespałby się z byle kim.
Dobrali się z Vee, jego dziewczyną, znakomicie.
Kevin był tak bardzo zazdrosny o to, że przyszli tacy smarkacze, którzy stali się już jako dzieci popularni i odebrali jego sławę, zbieraną ponoć przez niego (i chyba nie tylko, bo był jak przylepa do ludzi, którzy mogli mu coś zaproponować, a przez to by był kimś) przez tak duży okres życia, że cały czas pokazywał im, jak bardzo ich nienawidzi. A, no i do tego dochodził fakt, że Syriusz kiedyś odbił mu dziewczynę. Ale to tak na marginesie.
Syriusz roześmiał się dźwięcznie, a James tak się chichrał, że aż się zgiął w pół i przytrzymał ręce na kolanach, ale zaraz podjął temat.
— Bailey, widzę, że bardzo się nudzisz, albo Vee nie daje ci tego czego chcesz, bo ingerujesz się w zabawy w detektywa, ale, jak widać nie jest to twoje przeznaczenie, bo sobie coś wymyślasz. Ale mogę cię pocieszyć — równie dobrze możesz być dziennikarzem w mugolskim świecie, bo słyszałem, że tam często nawet nie sprawdzają informacji tylko od razu rozpowszechniają. Co ty na to?
Tym razem Kevin wyrwał się, dość niespokojnie, ale zaraz się ogarnął i podszedł, niby spokojnym krokiem w stronę chłopaków, ale widać było, że w środku aż się gotuje. Stanął przed nimi w odległości paru metrów i wysyłał miażdżące spojrzenie.
— A wiesz co ja słyszałem? Że ponoć nie wolno robić nieprzyzwoitych rzeczy w łazienkach — nadal się upierał przy swoim. ( — Kretyn — szepnął Syriusz.) — I to z płcią przeciwną, ale tą samą? Czy nie wydaje ci się to... Odrażające? Najpierw latasz za jakimś lalami, a teraz z przyjacielem?
Syriusz znów wybuchł śmiechem, tak, że aż się popluł.
— Słyszałeś, Rogasiu? Słyszałeś co ten idiota powiedział?  — kolejna salwa śmiechu. — Serio, Bailey, tylko na tyle cię stać? Jesteś aż tak głupi i mało oryginalny, że próbujesz nam wmówić, że jesteśmy razem? Nie wiem czy mam płakać czy się śmiać, chociaż już to robię, z twojej głupoty  — jego oczy się jarzyły. Wyglądały pięknie. Jak gwiazdeczki na jego twarzy. Można by było stwierdzić, że u Syriusza wszystko jest warte zawieszenia oka, ale stan jego tęczówek, kiedy się śmieje bądź jest radosny — bezcenny. — A tak poza tym... Masz coś do gejów? Serio? A mi się wydawało, że ty mieszkasz z jednym w dormitorium. Prawda, Tony? — zwrócił się do przystojnego szatyna, stojącego najdalej i patrzącego na nich z lekkim niepokojem. Od dawna było wiadome, że ów Tony nie gustuje w dziewczynach. Ale, jak widać, Kevin tak znał swoich współlokatorów jak Filtcha. To dopiero było odrażające! Mieszkać z kimś przez tyle czasu, uważać się za czyjegoś przyjaciela, a wiedzieć o nim tyle co jakiś przypadkowy pierwszoklasista.
Bailey zbliżył się do nich jeszcze o kilka kroków, a złość, jaką miał wymalowaną na twarzy, pobijała chyba wszystkie rekordy świata. Z niego po prostu kipiało.
— Pożałujesz — warknął i splunął.
Odwrócił się z gracją i stanął na chwilę w bezruchu, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć.
— Na kopa w dupę czekasz? — rzucił Syriusz, a chłopak tylko zacisnął pięści. A potem odszedł, klnąc.

James wyszczerzył się. Bardzo dobrze pamiętał tę sytuację. Była genialna, ale niestety potem ktoś, kto usłyszał tę wymianę zdań, skrócił sobie trochę wersję i rozpowiedział po Hogwarcie, że robili coś w łazience. Tak to się rozniosło, że praktycznie każdy o tym wiedział. Nawet McGonagall, która wezwała ich potem na dywanik i powiedziała, że ona "nie może zabronić im miłości, ale może już na pewno zabronić okazywania im tego w miejscu publicznym". Wtedy to już tarzali się ze śmiechu na podłodze. Ale przyszedł moment, kiedy się uspokoili i opowiedzieli profesorce o tym wszystkim.
— Czy mi się zdaję, czy pomyślałeś o tym sprzed roku? — Syriusz dźgnął go z łokcia w brzuch.
— Tak, Łapo, pomyślałem — Potter pokręcił z politowaniem głową. — Ej, my chyba zaniedbaliśmy naszego ukochanego Kevinka... Może o nas zapomniał? Tak w ogóle to go widziałeś ostatnio?
— Widziałem, jak stał w kącie z Vee i wkładał jej rękę pod spódnicę. Byłem wtedy z Glizdkiem i przechodząc obok nich zagwizdałem i powiedziałem, że lepiej niech idą w ustronne miejsce, bo jeszcze nie wytrzymam i popatrzę. Wtedy chyba czerwień na twarzy Kevinka osiągnęła nowy poziom. Ale zaraz chyba mu przeszło, bo Vee go pociągnęła za krawat, a drugą dłoń mu prawie zdjęła spodnie. Okropny widok! — ostatnie zdanie już zaskrzeczał. — Ta młodzież to teraz nie ma nawet resztki godności! I poszanowania!
James dobrze wiedział, że przyjaciel przytoczył słowa Filcha, który już nie raz skierował takie zdania do Syriusza.
—  Własne doświadczenia uczą, co nie? — zapytał.
—  O taak... — szepnął marzycielsko. —Dobra, Rogaś, chodź do tego dormitorium i powiesz mi o co chodzi, bo tu już zrobiło się zimno, a poza tym zaraz przylezie tutaj nasz ukochany woźny.
 James pokiwał głową i ruszył za Łapą, który poprawiał swoją miotłę na ramieniu. Wiedział, że w sypialni w końcu powie wszystko. Liczył tylko na to, że przyjaciele znów okażą się wsparciem i mu pomogą, bo sam już pomału nie dawał rady.
Nie pomylił się.

*÷*÷*÷*÷*
Dzwonek rozbrzmiał w całym zamku, kończąc ostatnią dzisiejszą lekcję szóstoklasistów z domu Godryka Gryffindoru. Lily otrząsnęła się i zebrała książki z ławki prosto do otworzonej torby i szybko wyszła z klasy, opuszczając to pomieszczenie tortur, jakim dzisiaj były dla niej sale lekcyjne. Miała gorszy dzień, a spędzanie go w dusznych klasach i na przysłuchiwaniu głosów nauczycieli było katorgą, a gdy słuchała, jak McGonagall mówi o transmutacji przedmiotu w ptaka to miała ochotę rzucić w nią książką, ręce ją bardzo świerzbiły, ale po kilku wdechach się uspokoiła.
Zamiast iść prosto do wieży i odrabiać lekcje to poszła do dużych, masywnych drzwi i je otworzyła. Otuliła się bardziej swetrem i zaklęła siarczyście. Przeklinała swoją głupotę, za to, że nie wzięła nic cieplejszego. Westchnęła głośno, ale dalej szła. Postanowiła, że taka chwila spokoju, nieszczególnie na mrozie, ale to już jej nieodpowiedzialność, dobrze jej zrobi. Musi sobie wszystko poukładać, a te wszystkie osoby, które nagle coś od niej chcą wcale nie pomagają.
Podeszła do zamarzniętego jeziora, które lekko się błyszczało pod padającymi na nie promieniami słonecznymi. Uniosła głowę do góry i żałowała, że promienie jeszcze nie świecą na okrągło i jej twarz nie może być w nich skąpana. Jedyne co czuła to tylko mróz, szczypiący jej zaróżowione policzki.
Usiadła na trawie i nie przejmowała się, że zapewne zachoruje. Trudno, pomyślała. Warto się poświęcić.
Wyciągnęła  ręce za plecy i położyła dłonie na śniegu, aby się oprzeć. Przymknęła powieki i wsłuchała się w odgłosy, dobiegające z Zakazanego Lasu. Było tak, jakby jej zmysły się wyostrzyły.
Zastanawiała się co to może tak charczeć i jakie zwierzę może wydawać taki uspokajający i irytujący zarazem dźwięk. Teraz odbierany był jako melodia, odbijająca się od ścianek jej umysłu.
Usłyszała kroki obok siebie i skrzypienie śniegu, który się pojawił jakieś dwa dni temu i nadal się trzymał. Nawet nie otworzyła oczu. Wydawało jej się, że gdy to zrobi to cała energia z niej ujdzie. A poza tym to ta osoba i tak pewnie sobie stąd pójdzie, bo szczerze wątpiła, czy zainteresowała by się nastolatką, która jak głupia siedzi na śniegu, odmarzając sobie tyłek, a roztrzepane włosy opadają jej na różowe policzki.
Jakie było jej zdziwienie, gdy poczuła, że jakiś but lekko kopnął ją w stopę. Jej twarz wykrzywił przez moment grymas, ale potem już to zignorowała. Przyszła tu odpocząć, a widać, że według Merlina nie zasługuje nawet na minutę ciszy i spokoju.
Cisza spowiła jej otoczenie, a ona znów się rozluźniła. Trwało to do tego momentu, kiedy jakaś zimna, szorstkowata dłoń nie dotknęła jej policzka. Niezaprzeczalnie była to dłoń męska. Energia, jakby powróciła do życia i zaczęła krążyć z mocą w jej żyłach. Otworzyła gwałtownie oczy i odsunęła się nieznacznie. Kto jest na tyle głupi by ją dotykać, kiedy, prawie, że śpi?
Zamarła.
Severus.
Chłopak o wiecznie bladych policzkach, które teraz były czerwone jak nigdy, uśmiechnął się niepewnie. Lily prawie sapnęła z oburzenia.
Młody Snape odgarnął kilka zabłąkanych kosmyków i świdrował ją spojrzeniem. Poczuła nieprzyjemny ścisk w gardle i podniosła się na nogi. Chłopak zrobił to samo.
Zmrużyła na niego oczy i odwróciła się, chcąc odejść, ale silny uścisk jej na to nie pozwolił. Przystanęła i wyrwała dłoń.
— Przepraszam, ale co ty sobie wyobrażasz? — warknęła w jego stronę. Nie odwróciła się do niego, kiedy wypluwała te słowa z mocą.
Róża w jej sercu zaczęła wypuszczać kolce, które ją raniły i odcinały na sekundy przypływ powietrza.
— Chciałem... Chciałem porozmawiać. — wypalił. Lily słyszała w jego głosie lekką nieśmiałość, ale zarazem zaciętość. Chyba planował tę rozmowę od dawna. Szkoda, że ona nie. Zresztą, z nim nawet nie powinna wymienić spojrzenia. To za bardzo bolało.
— Cóż, masz takiego pecha, że ja nie chcę.
Severus złapał ją za ramię.
 — Cholera, jeśli mnie nie puścisz to obiecuję, że inaczej pogadamy, Snape.
Jeśli by się od niej nie odczepił to albo by rzuciła na niego urok, albo jej pięść rzuciła by się wygłodniała na jego twarz.  Mimo że był jej byłym przyjacielem to mogłaby go uszkodzić dla świętego spokoju. Takiego, którego chyba na tym świecie już nie dostanie.
— Przepraszam, po prostu... Chcę porozmawiać, czy proszę o dużo? — mówił spokojnie.
— Tak, prosisz o dużo. Nawet za dużo — wysyczała. Uraz pozostanie w niej na zawsze. Co on sobie myślał, kiedy wypowiadał to słowo? — Myślałeś może o tym, jak ja się poczułam? Albo o tym, że przez to ci nie wybaczę? Myślałeś, Severusie?
— Tak, myślałem.
Lily miała wielką ochotę zaśmiać mu się w twarz. Tak zrobiła.
— I co? Nie przewertowałeś w głowie takiej możliwości? Miałeś nadzieję, że wszystko będzie takie samo? — gdy się nie odezwał, tylko spuścił wzrok, tak się zagotowała, że, aby się uspokoić musiała wbić paznokcie w wewnętrzną część dłoni. Była bardzo zła i nawet nie myślała o tym, że czasem miała ten moment, w którym brakowało jej starego przyjaciela. Za bardzo się nakręciła na jego kłamstwa.
— Wiesz co, Severusie? Nigdy nie sądziłam, że możesz się jeszcze bardziej pogrążyć. Jednak się myliłam. Może teraz mi powiesz, że te słowa ci się... Wymsknęły? Wyleciały sobie, a ty ich nie mogłeś powstrzymać?
Snape wziął głęboki oddech i pokręcił delikatnie głową.
— Mógłbym tak powiedzieć... — spojrzał w jej oczy, które były przepełnione żarem. Żarem, który mógłby spalić świat. A był wymierzony prosto w niego. — Ale... Skłamałbym.
Złapała chciwie oddech. To było jeszcze gorsze. Czuła się, jakby tysiąc małych, rozgrzanych igieł zrobiło sobie poduszeczkę z jej serca.
Szumiało jej w głowie, a łzy chciały wydostać się na zewnątrz. Pokazać się światu i zaprezentować swoje piękno.
— Uważam, że... Powiedziałeś za dużo. Dostałeś swoją minutę i ją wykorzystałeś. Aż za dobrze — pokręciła głową i zamrugała powiekami. Nie rozpłaczę się, nie rozpłaczę się, nie rozpłaczę się...— Lils... — chciał ją dotknąć, ale odsunęła się i popatrzyła na niego wrogo.
— Nie dotykaj mnie, Severusie, nie dotykaj... — szeptała jak mantrę.
W jego tęczówkach pojawił się szok, a potem został zastąpiony przerażeniem.
— Co ja zrobiłem... — wyszeptał. — Lil, nie powinienem ci tego mówić...
— Ale, do cholery, powiedziałeś! Rozumiesz?! POWIEDZIAŁEŚ!
Wystrzeliła jak pocisk w przód, a łzy zamazywały jej drogę. Już po chwili wpadła na coś twardego i ciepłego. Zastygła w bezruchu i przycisnęła się do tego mocniej. Nie wiedziała kto lub co to jest, ale zaufała swojemu przeczuciu.
— Lily... Na Merlina, co się stało? — usłyszała przy uchu miękki głos, a potem jej ciało znalazło się w szczelnym uścisku. Jedna duża dłoń wylądowała na jej włosach, a druga na plecach, gładząc je i przesyłając swoje ciepło na nią. Zaszlochała mu w koszulę i zacisnęła na niej pięści. Ukojenie? Czy znajdzie ukojenie?
— Hej, Lilka, spójrz na mnie.
Z trudem odsunęła lekko twarz i otworzyła powieki. Od razu pochłonął ją czekoladowy kolor, wpatrujący się w szmaragdowy z troską, bólem i... Czymś jeszcze. Nie była w stanie tego odgadnąć.
— Co jest? Dlaczego płaczesz? — otarł kciukiem łzę, spływającą sobie wolno. Ujął jej twarz w dłonie.
— Nic... Nic się nie stało — powiedziała cichutko.
Usta chłopaka wygięły się w cudnym uśmiechu.
— Jasne, a Syriusz nie ma pcheł.
Parsknęła śmiechem.
— Syriusz ma pchły? Serio?
Czarnowłosy się zmieszał lekko, a potem do niej mrugnął. Pokręciła z politowaniem głową. On zawsze umiał ją pocieszyć.
— To jak będzie, powiesz mi, kwiatuszku?
— Nie, nie powiem ci, dołeczku.
Sapnął z oburzenia i zamknął oczy. Czarne kosmyki dostały się za szkła okularów, a ona nie myśląc, pochwyciła i odgarnęła je. Opuszki palców promieniowały ogniem, kiedy dotknęły jego skóry, a policzki zrobiły się jej jeszcze bardziej czerwone niż dotychczas.
Otworzył oczy, które świeciły się blaskiem i wyglądały jak diamenciki, wepchane w oczodoły, by robiły za oczy.
Zamrugał kilkakrotnie i wypuścił oddech, przemieniający się już po sekundzie w obłoczek pary, krążący przy ich twarzach.
— Myślę, że... Że powinniśmy wrócić do zamku — wykrztusił z trudem i zdjął ręce z jej policzków.
Splótł razem ich palce i uśmiechając się delikatnie, zaprowadził ją do drzwi.

A chłopak o ziemnistej cerze już wiedział, że przegrał. Stracił wszystko. James Potter miał to czego nie miał on — przyjaźń i zaufanie Lily.
Każdy uczył go, by mówić prawdę. W tym przypadku chyba nie było to dobre wyjście.







*******************
Hello Gello!
Wróciłam, jeehej! Tylko tyle, że nie wiem na ile ;//.
Szkoła jest okropna, nie mam prawie wgl czasu na pisanie rozdziałów, a jak się coś znajdzie to wena się wkur...Rza i protestuje! Ten rozdział pisałam dość... Długo, a niektóre momenty były na serio trudne - szczegółowo ostatni, który mam nadzieję, że wam się w jakimś stopniu spodoba, bo moja ukochana Livv sobie już zdanie wyrobiła ;"D.
W tej notce mamy wspomnienia, co o nich sądzicie?
Jak tam wrażenia odnośnie Vee i Kevina? Polubiliście ich? Myślę, że będą jeszcze w jakiś rozdziałach :).
Dzisiaj również drama związana ze Snejpem ;xx. Tak, taki miał być efekt, wszystko było zamierzone :D.
 Dziękuję za aktywność pod ostatnimi rozdziałami i za ponad 10000 tys wyświetleń! Boże Święty, moje jedno małe marzenie się spełniło i miałam na rocznicę tyle wyświetleń, jejku, jesteście niesamowici! ♥♥♥. Nawet nie wiem, jak wam dziękować!
A Gala, spodobała wam się? :). Na prawdę spędziłam nad nią dużo czasu, a pomysł pojawił się jeszcze pod koniec sierpnia ;3. 

A, i nie zabijcie mnie za długość notki, bo się chowa przy poprzednich, ale serio — nic nie mogłam więcej wykrzesać. Może treść was jakoś udobrucha? Wiem, że czekaliście na Jily, więc coś tam jest :D.
Cieszę się, że tamten rozdział wam się spodobał, bo w niego też włożyłam dużo pracy i był najdłuższym z dotychczasowych :).

Następny... Och, nie wiem. Do końca października powinnam się wyrobić. Tak, przepraszam, że nie są często, ale na prawdę nie mogę nic zrobić. Nauka jest dla mnie ważna i nie mogę pozwolić sobie na negatywne oceny już na początku roku. Liczę na to, że rozumiecie, bo przecież nie tylko ja chodzę do szkoły.

Pozdrawiam, ściskam, życzę udanego tygodnia! ;**.

Kathrine ;**.

Ps. Czytaliście może serię Lux? Jejku, jaka ona jest boska! ♥♥♥.
Ps2. Jeśli mam u was zaległości to pisać, bo już się pogubiłam ;c.
Ps3. JAK BĘDĄ BŁĘDY TO KRZYCZEĆ, BO PRAWIE, ŻE NIE SPRAWDZANE!

środa, 16 września 2015

Gala Rozdania Złotych Różdżek 16.09.2015! ~ Czyli pół roku bloga!

— Witamy serdecznie wszystkich zebranych! — po sali rozniósł się głos prowadzącego. — Jestem James Charlus Potter i dzisiaj będę prowadził to jakże ważne dla nas spotkanie! — oklaski. —Jak widzicie, nie jestem sam. Pewnie już zauważyliście tę piękną rudowłosą niewiastę, która stoi tak obok mnie, w ogóle nie świadoma jak seksowna jest w tej sukience? — całe pomieszczenie wypełniły śmiechy i pogwizdywania, a James posłał ku nim wszystkim swój najlepszy i najsłodszy uśmiech.
— Merlinie! Trzymajcie mnie, bo zaraz zemdleję! — krzyknęła jakaś dziewczyna z tłumu, rozpływająca się nad urodą Pottera, a kiedy ten puścił jej oczko, biedna straciła przytomność.
— Dziękujemy za przyjście i udział w tym przyjęciu — teraz głos zabrała prowadząca, która była czerwona z nie wiadomo jakiego powodu. Albo była zażenowana albo zawstydzona komplementem. — Nazywam się Lilyanne Evans i muszę tutaj stać, niestety z tym idiotą, który myśli, że mimo wszystko będę jego dziewczyną...
— Liluś, kochanie, przecież ja tylko stwierdzam fakty...
— Potter — odchrząknięcie. — Nie przyszliśmy tutaj, aby stroić sobie żarty, więc weź się ogarnij i potraktuj chociaż to poważnie — mimo wszystko ludzi śmieszyła ta wymiana zdań. — Chyba jak wszyscy obecni wiedzą, zebraliśmy się dzisiaj uczcić rocznicę powstania bloga "Życie bez miłości jest niczym". Minęło już piękne sześć miesięcy, które zleciały tak szybko, jak liście z drzew na jesień, która niedługo się zacznie — oklaski, przez które pani prowadząca się zarumieniła. — Dobrze, nie przedłużając... Jeszcze raz dziękujemy za pojawienie się, a teraz chcieliśmy oficjalnie otworzyć tę Galę! — do prowadzących dołączyło siedem osób i podeszło do nich z uśmiechem. Ósma, niska dziewczyna stała po drugiej stronie sceny przed mikrofonem i szczerzyła zęby w uśmiechu.
— Otwieramy Galę Rozdania Złotych Różdżek 16.09.2015! — dziewięć głosów ryknęło, a ich głos odbił się od ścian i dotarł do każdego uczestnika tego przyjęcia.
Lily odwróciła lekko głowę w stronę szatynki i pokiwała delikatnie głową, dając znak.
— Bardzo dziękuję wszystkim przybyłym, bo to na prawdę ważna dla mnie chwila — odezwała się i wszystkie pary oczu spojrzały na nią. Jej policzki trochę się zaróżowiły, a oczy zaszkliły. Poprawiła rozpuszczone włosy i uśmiechnęła się. — Pamiętam bardzo dobrze, jak dokładnie pół roku temu wpisywałam nazwę bloga i jego adres. Teraz, po tylu dniach jestem z siebie dumna, bo mimo wszystko nadal to kontynuuję i mam najlepszych czytelników na świecie, którzy bardzo mnie wspierają, a ich słowa wystukiwane w klawiaturę dają niezłego kopa i motywację na dalsze sceny w moim opowiadaniu.
Dzięki Wam, ja, głupia, pulchniutka, nastoletnia dziewczyna, mogłam coś osiągnąć. Bo tak właśnie traktuję bloga - jako osiągnięcie i z tego również jestem dumna.
Z chwilą, gdy kliknęłam przycisk "załóż bloga" otworzyły się przede mną nowe furtki, a ja staram się po drogach za nimi dobrze chodzić i uważać, aby się nie zgubić.
Poznałam wiele wspaniałych ludzi, a z niektórymi zżyłam się tak, że mogę z czystym sumieniem powiedzieć do nich per. przyjacielu. I to nie za byle co. Za pomoc, wsparcie, słowa, uśmiech, pytania, odpowiedzi, obecność i samo pisanie do mnie na wszelakich portalach — otarła łzę, robiącą samotną ścieżkę na jej poliku. — A teraz, zorganizowałam razem z moimi bohaterami, bez których tego wszystkiego również by nie było, Galę, i chciałabym podziękować Wam - czytelnikom. Dlatego mamy te nagrody — wskazała na stolik, zapełniony złotymi statuetkami w kształcie różdżek, na szklanej podstawce. Srebrne literki, wygrawerowane na plakietkach, dołączonych do statuetek, jarzyły się blaskiem. — do przekazania Wam i w tym momencie właśnie to zrobimy.
Kiwnęła głową w stronę dziewiątki osób. Wszyscy mieli delikatne uśmiechy, a u niejakich było widać ślady po płaczu.
— Zapraszamy cię tutaj do nas, Kasiu vel Kathrine — James zaprosił ją gestem, a ona odwróciła się w połowie schodków, bo właśnie schodziła ze sceny. — Uważamy, że nie powinnaś siedzieć i nam tam płakać tylko stać tu z nami z dumnie uniesioną głową!
Szatynka zaśmiała się i pokręciła głową. Jednak podeszła do nich i zaleciła się do słów Jamesa.
— Ruda, weź czytaj to, bo ja mam jeszcze randkę dzisiaj! — oznajmił Syriusz, rozbawiony.
— A z kim to, przyjacielu? — zapytał Remus i zmarszczył czoło.
— Z taką pewną ślicznotką, która stroi obok mnie w granatowej sukni i przygryza nerwowo wargę — poruszył zabawnie brwiami i dostał w żebra od wściekłej Dorcas.
— W snach, Black — posłała mu buziaczka w powietrzu.
— Zobaczysz, że jeszcze będziesz moja! Prawda, Kathrine? — uśmiechnął się do niej szelmowsko, wykorzystując swoją zniewalającą urodę i fakt, jak zabójczo wygląda w garniturze.
— Syriuszu... — odchrząknięcie. —Oczywiście, że ci nie powiem. To moja tajemnica, a za pół roku może będzie już coś wiadomo, a jeśli nie... To i tak ci nic nie zdradzę — puściła mu oczko, a dziewczyna w myślach pogratulowała sobie, że zna go na tyle dobrze, że wie, kiedy używa swojego uroku.
Łapa założył ramiona na piersi i udawał obrażonego. Wszyscy się roześmiali, a on im zawtórował.
— Zaczynając... Ślemy podziękowania do wszystkich tych, którzy byli chociaż raz na blogu, którzy chociaż przeczytali jedno zdanie. To znaczy wiele dla autorki — James poprawił okulary i zmierzwił sobie szybko włosy. —Pierwsze statuetki pragniemy przesłać kochanym, kolejność oczywiście przypadkowa, w każdym przypadku: Panienka Livvi, Abigail, Expecto Patronum, Ayd en, Optimist. Za ich obecność, pomoc i bycie wsparciem w każdej sytuacji.
Dorcas w parze z Syriuszem wzięła jedną statuetkę w dłoń, a pozostałe cztery uniosła zaklęciem w górę, tak, że przy każdym jej kroku, podążały za nią.
Zeszli z gracją ze schodów, z wyszczerzem na twarzy i pokierowali się ku pierwszej damie, siedzącej w drugim rzędzie. Łapa lekko ucałował jej dłoń, złożył gratulacje i posłał leniwy uśmiech. Jeszcze bardziej się rozpromienił, gdy zobaczył, że dziewczyna się zarumieniła i mrugnęła ku niemu swoimi niebieskimi jak ocean oczami, przysłoniętymi ciemnymi, długimi rzęsami. Wyglądało na to, że nawet pan Black coś jej szepnął na ucho, a ona radośnie się na to roześmiała.
Potem to samo zrobili z czterema równie ślicznie wyglądającymi paniami, jedna z nich się wściekle zarumieniła, inna hardo zniosła zaloty Syriusza, wyglądającego, jakby był nią szczególnie zainteresowany i chyba wcale nie udawał, bowiem ta pani wręcz olśniewała urodą, i zajęli miejsce na scenie.
— Drugie trafiają do: Blackout, Kinia aaa, Alex Clare, Milena XD, Gabriela Black, Anastasia, oNyks Xyz, Mr. Snape, za to, że komentują większość notek i za "użyczanie" laptopa w celu pisania rozdziałów — Lily uśmiechnęła się, rozglądając po twarzach zebranych.
Teraz to Ann i Remus kroczyli dumnie przez sam środek sali, wyłożony szkarłatnym dywanem. Jak na dżentelmena przystało, Lunatyk złożył pocałunek na dłoni każdej z pań, a Ann przytuliła delikatnie ze szczęśliwą miną. Remus i Ann wyglądali wspaniale, a idąc pod rękę sprawiali wrażenie pary.
— Ostatnie już pragniemy oddać w ręce: Assarii Cleto, Chloe Ann Wolf, Karolina S, Edy†Δ HermionΔ MΔlfoy, Kinga Lanuszny, Rejwen, Emily Addams, ϟ Ginny ϟ, AleksandraOla, Anabelle Rose, Roxanne, Cirilla Riannon, Eskaryna.  W podziękowaniu za komentarze, nawet te jednorazowe, bo każdy z nich był piekielnie ważny.
Alicja wraz z Frankiem i Peterem, drepczącym za nimi w smokingu, podeszła po kolei do wszystkich pań, uściskała serdecznie i wręczyła ich własność. Ala promieniała, a widząc to, Frank podszedł do niej i skradł dłuższego buziaka. 
Niektórzy zaczęli klaskać, a Syriusz i James wysłali sobie spojrzenia, po czym głośno zagwizdali.
— Dorcas, kochanie, a może teraz my tak zrobimy? — wymruczał Black, kładąc jej rękę na plecach, trochę niżej niż powinien. — Zrobilibyśmy takie przedstawienie, że nie mogliby się napatrzeć.
— Black — zaczęła kokieteryjnie. —Teraz? Może poczekajmy, aż — ściszyła głos i złapała go za krawat. Przybliżyła swoją twarz i powiedziała, prawie muskając wargami jego usta. —będziemy sami.
— Na prawdę?! — twarz Łapy rozjaśnił uśmiech i chciał dać krok do przodu, aby w końcu pokonać tę odległość, ale dziewczyna się zgrabnie odwróciła.
— Oczywiście, że nie.
— Przyjacielu, coś ci chyba dzisiaj urok zmalał — zaśmiał się James z miny Syriusza. Wyglądał, jakby ktoś właśnie uderzył go w twarz.
— Rogasiu, w takim razie twój urok przestał działać już od paru lat —uśmiechnął się krzywo, mając na myśli nieudane podboje Evans.
— Łapo, na Lilkę ten urok działa, tylko tego nie okazuje, rozumiesz? Ona jest inna, wyjątkowa. Nie ślini się publicznie na mój widok. Woli powzdychać z zachwytu, gdy jest sama — odparł James spokojnym tonem, jakby udzielał Syriuszowi lekcji.
Dorcas zaczęła się niekontrolowanie śmiać, a Lily błysnęła zębami, powstrzymując wybuch.
— James, skąd mnie tak dobrze znasz? — Evans uwiesiła się teatralnie jego ramienia i zatrzepotała rzęsami.
— Wiesz... W czasie naszych spotkań niewiele rozmawialiśmy, bo mieliśmy lepsze zajęcia — poruszył zabawnie brwiami. — Ale przez te parę lat zdążyłem cię poznać. Aż za bardzo — rzucił jej znaczące spojrzenie.
Oblała się rumieńcem, choć i tak wiedziała, że to podpucha.
— Jasne, że tak, przyjacielu — odparła radośnie i została nagrodzona długim, soczystym buziakiem w policzek. Szkarłat znów wkradł się na jej policzki, ale nie zważając na to, pokręciła z politowaniem głową na zachowanie Jamesa.
Syriusz zagwizdał przeciągle.
— No co? Przyjaciele tak robią — Potter puścił jej oczko, bo widział, że już miała coś powiedzieć.
— Jimmy, czyli, że ja też dostanę takiego buziaka? — zapytał słodkim głosem Syriusz i wydął wargi. Nadstawił policzek, postukał lekko w niego palcem wskazującym i cierpliwie czekał.
— Dostaniesz — odezwała się nagle Dorcas i podeszła do niego, cmokając go lekko, prawie nie dotykając go, w polik. Syriusz stał jak zaczarowany i wlepiał wzrok w Meadowes. Zaraz wyszczerzył swoje białe proste zęby. Po co się nad tym zastanawiać, skoro dostał to czego chciał? A może nawet i więcej?
— Wiesz, Meadowes... — podszedł do niej. — To było cudowne, nareszcie zaczęłaś akceptować naszą głęboką i przeznaczoną miłość, ale... Nie obraziłbym się, jakbym dostał jeszcze jeden pocałunek, ale nie tu — dotknął delikatnie jej policzka, a ją przeszedł dreszcz. — a tu — przeniósł palec na jej usta i przejechał lekko.
Wszyscy obecni wstrzymali oddech i zdawało się, że osoby stojące na scenie zapomniały o całym świecie i odtwarzali swój własny. Jednak to nikomu nie przeszkadzało.
— Black, chyba się uderzyłeś w głowę —warknęła Dorcas, uśmiechając się niewinnie i psując te chwilę. Syriusz zaciekle powtarzał "ty to jednak umiesz zepsuć wszystko, Meadowes. Nawet tak piękne chwile." i odszedł od niej na krok. — James, proszę cię, pilnuj tego idioty na tych waszych wyprawach, bo chyba czasem piesek niedowidzi i wpadnie w drzewo... Auć.
Syriusz otworzył buzię i wydawał się bardzo urażony jak i obrażony. Skrzyżował ramiona na piersi.
— Syriuszku, zamknij buziaczka, bo ci coś wleci — Dor westchnęła teatralnie i położyła dłoń na swoim policzku.
Katherine podeszła szybko do Lily i szepnęła jej coś poufnie na ucho, bo zauważyła, że Dorcas i Syriusz się rozkręcają, a może być tak, że najpierw sobie żartują, a za sekundę mają różdżki w rękach i rzucają na siebie zaklęcia.
Rudowłosa uśmiechnęła się ciepło do wszystkich i ruszyła szybkim krokiem do mikrofonu, ciągnąc za sobą Jamesa, poprzez zaciśnięcie ręki na jego marynarce. Chłopak nawet się nie opierał i był zdziwiony, że Ruda ma w sobie tyle siły.
— Ehej! Lilka, nie tak szybko! Ludzie się patrzą! Z gracją! — James zaśmiał się perliście i stanął obok niej z uśmiechem i iskrzącymi oczyma. Wyciągnął rękę, tak, jakby chciał spleść ich palce, albo ją objąć, ale jednak się rozmyślił i udał, że prostował palce.
— Żebyś ty zaraz z tą gracją nie zleciał ze schodów, przyjacielu - warknęła przez zaciśnięte zęby. Zaraz poprawiła swoje włosy i wyszczerzyła. — Teraz, już na zakończenie chcieliśmy zsumować osiągnięcia, zdobyte przez te sześć miesięcy.
Rozdziały: 16.
Obserwatorzy: 27.
Komentarze: 329.
Wyświetlenia łącznie: 10000.
Rozdział o największych wyświetleniach: Szesnasty, część pierwsza.
Bardzo serdecznie dziękujemy jeszcze raz w imieniu własnym i Kathrine. Za wszystko. Bez was by tego wszystkiego nie było.
Jesteście niesamowici! Całusy!
Lilka się rozpromieniła, a głos jeszcze raz zabrała autorka.
— Kochani, co do nowego rozdziału — postaram się go dodać jeszcze do niedzieli!
Wszyscy ustawili się w rządku i pomachali ku widowni. Następnie zakryła ich czerwona kurtyna, a światła, które oświetlały scenę zgasły.